czwartek, 27 maja 2010

Jerzy Pilch, „Miasto utrapienia” (3)

Oprócz daru rozpływania się w powietrzu mam dar wcielania się w postacie. Kartkuję „Dziennik” i pod fotografią przedstawiającą zawodowych praczy ręcznych piorących bieliznę w Abidżanie trafiam na następujący zapis Patryka: „Zawsze i wszędzie wypełniały mnie cudze języki i potrafiłem mówić cudzymi językami, i była to prawdziwie opętańcza umiejętność. Tak opętańcza, że z fascynacją rozczytywałem się w historiach o nawiedzonych i opętanych, co w rezultacie wstąpienia w nich złego ducha mówili obcymi językami. We mnie wstępowały duchy cudzych języków, wystarczyła godzinna lekcja religii z księdzem Kubalą, bym pół dnia mówił językiem księdza Kubali. Z namaszczeniem opisywałem przejście Mojżesza i jego ludu przez Morze Czerwone. Byłem płomienistym krzewem, z którego mówił Bóg. Wstępował we mnie język mojego ojca, grałem nigdy przez niego niezagrane role, byłem Makbetem, Tartuffe'em i Panem Jowialskim. Wstępowały we mnie duchy przeczytanych książek, byłem Robinsonem Crusoe, Raskolnikowem i Feliksem Krullem, wstępował we mnie język Esmeraldy Dorsz i mówiłem toczka w toczkę jak Konstancja Wybryk”.





Jerzy Pilch, Miasto utrapienia. Warszawa 2004, s. 345n.

środa, 26 maja 2010

Jerzy Pilch, „Miasto utrapienia” (2)

Urodziłem się w roku 1976 – dwa lata po największym w dziejach tryumfie polskiego futbolu i dwa lata przed wyborem polskiego Papieża. Przez całe dzieciństwo, a może i później, byłem absolutnie pewien, że Polska jest odwieczną piłkarską potęgą oraz że papież zawsze jest Polakiem. [...]

Dziwiło mnie imię papieża Piusa XII. Pius? Nikt – nawet żaden z moich szkolnych kolegów, nie miał tak na imię, chociaż połowa lat siedemdziesiątych to musiał być sezon solidnie zakręconych chrzcin – chodziłem do klasy z Esmeraldą Dorsz, Luizjaną Poświat oraz Olivierem Gruchałą. Tworzyliśmy niezły kwartet – nazywam się Patryk Wojewoda.

Imiona naszej czwórki (a właściwie piątki, ponieważ pod koniec siódmej klasy doszła jeszcze Nicoll Bażanowska) ze smętną monotonią skłaniały nauczycieli do rytualnych komentarzy i dowcipów. [...] Olivier Gruchała był najczęstszą ofiarą. Absolutna większość profesorstwa, wymawiając jego imię, nie była w stanie się powstrzymać, by odruchowo nie dodać: Twist. Charles Dickens, gdyby znał taką moc rażenia swej postaci, byłby pewnie dumny i szczęśliwy. Olivier Twist Gruchała ani specjalnie dumny, ani specjalnie szczęśliwy nie był – z czasem jednak przywykł. Z czasem zresztą do naszej – jak mawiała matematyczka pani Ogiegłowa – menażerii onomastycznych osobliwości przyzwyczajali się wszyscy.

Wszyscy – z wyjątkiem księdza Kubali. Siwowłosy, wysoki oraz sfrustrowany wynikłą z upadku komunizmu koniecznością odbywania lekcji religii w szkolnej pracowni biologicznej kapłan ostro i namiętnie piętnował nasze imiona. Za ostro i za namiętnie. Chyba rzeczywiście pracownia biologiczna źle na niego działała.

Dla nas to była normalka, przez całą podstawówkę uczyliśmy się w pracowni biologicznej.

Jak w czwartej klasie wybuchł Czarnobyl, pani higienistka z płynem lugola przyszła do nas do pracowni biologicznej. Pamiętam dobrze, bo było to pierwszego maja po pochodzie. Najpierw miała być zbiórka przed gabinetem lekarskim, ale tam już na całego szalała choroba popromienna. Pomiędzy coraz gremialniej pawiującymi uczniami miotał się jakiś facet, którego nigdy wcześniej ani nigdy później nie widzieliśmy na oczy, i krzyczał z fanatyzmem: Uprasza się, by pozostała młodzież niezwłocznie udała się do sal, które są jej macierzystymi siedzibami! Uprasza się, by pozostała młodzież niezwłocznie udała się do sal, które są jej macierzystymi siedzibami! Konając ze śmiechu, wykonaliśmy polecenie. Najzabawniejsze, że pomogło – nasza klasa jako jedyna przy przyjmowaniu zapobiegawczego specyfiku nie pawiowała. Być może zaszło zjawisko szeroko rozumianej homeopatii: z powodu wiecznego smrodu, z powodu – kolejne określenie matematyczki pani Ogiegłowej – dławiąco organicznej aury, jaka panowała w pracowni, mdliło nas tam na okrągło.

Tam w każdym razie pobieraliśmy nauki i tam docierały do nas rozmaite dziejowe wiadomości. Jak w siódmej klasie upadł mur berliński – dowiedzieliśmy się o tym też w naszej pracowni biologicznej: wicedyrektor szkoły pan Pazera wygłosił na fizyce gorzką mowę, którą skończył uwagą, że wszystko, co dobre dla Niemców, jest złe dla Polaków i na odwrót. Olivier Twist Gruchała wyleciał wtedy z klasy, bo podniósł palce i zapytał, czy dotyczy to też najnowszego modelu bmw.

Z rozpadu ZSRR mieliśmy wręcz w naszej pracowni biologicznej bezpośrednią i nieustanną transmisję; nauczycielka ruskiego, słynna Piękna Pietia (która, nawiasem mówiąc, po maturze omal mnie nie przeleciała), przez cała ósmą klasę użalała się nad rychłym końcem wielkiego kraju jej przodków i praktycznie na każdej lekcji zapowiadała, że być może dzisiejsza lekcja jest ostatnią lekcją języka rosyjskiego w naszym życiu.

I kiedy rok wcześniej na skutek, sami już nie wiedzieliśmy czego – odzyskania niepodległości? zjednoczenia Niemiec? upadku ZSRR? cudu sprawionego przez Papieża? – okazało się, że nie będziemy już chodzić na religię do księdza na parafię, ale ksiądz będzie przychodził do szkoły, było dla nas jasne, że będzie przychodził do naszej pracowni biologicznej. I ksiądz Kubala przychodził, tyle że źle to znosił. Niczego wprost nie mówił, starał się nie dać poznać po sobie, że to, co się dzieje, jest mu nie w smak (ja wiedziałem, bo zwierzał się moim starym), ale sztucznym rozdmuchiwaniem sprawy pretensjonalności naszych imion najwyraźniej odwracał uwagę od swoich prawdziwych furii. Nieraz z dosłownie psychicznym maniakalizmem piętnował i nasze imiona, i naszych starych – sprawców tych imion; sprawców kierujących się w dodatku niezrozumiałymi motywami działania. [...]

Truchlałem w trakcie tych peror, bo miałem dodatkowy stres osobisty. Zawsze mi się zdawało, że zaprzyjaźniony z moimi starymi, często przesiadujący za stołem w naszej ogromnej kuchni i wygłaszający tam podobne i jeszcze intensywniejsze tyrady ksiądz Kubala nagle spojrzy na mnie i uzmysłowiwszy sobie, że ze sprawcami mojego imienia jest przecież w serdecznej zażyłości, zaznaczy moją wyjątkowość, weźmie w nawias moje imię, usprawiedliwi moich starych, powie coś, nie daj Boże, o świętym Patryku, i najem się wstydu przed całą klasą.

Ale on na koniec machał jedynie ręką i gapił się smętnie na spowite pustynnym pyłem farby emulsyjnej palmy i kaktusy; na pokryty brunatnymi zaciekami i niechybnie starszy od niektórych autentyków model kościotrupa, na pożółkłe plansze z układami krwionośnym, pokarmowym i nerwowym, na pociemniałe słoje z kruszejącymi w formalinie dwoma płodami szympansa we wczesnej fazie rozwoju oraz z licznymi płodami królika we wszystkich fazach rozwoju. W osobnych i jeśli nie starszych od mezozoiku, to z pewnością pamiętających pierwszą wojnę światową naczyniach pływały martwe węże, żaby i inne gadzie szczątki. Ich martwotę oświetlały dwa szmaragdowe jak Amazonka i jak ona ogromne akwaria; nad nimi wisiał podobno autentyczny i niezmiernie cenny kieł mamuta. Z terrariów z jaszczurkami, chomikami i świnkami morskimi szedł upalny oddech Karaibów, dławiący zapach Patagonii, zapach żywych i martwych wodorostów, żywych i martwych drapieżników, zapach płonących i wygaszonych ognisk. Ksiądz Kubala gapił się nostalgicznie, jakby wypatrywał w tych dżunglach mapy Ziemi Świętej, portretu Matki Boskiej albo zdjęcia Papieża, potem opuszczał głowę i mruczał do siebie:
– Nic, absolutnie nic nie trzyma się tu kupy. Ale w końcu trudno. Jak zwał, tak zwał. Człowiek może mieć na imię nawet Jezus Chrystus – byle był ochrzczony.





Jerzy Pilch, Miasto utrapienia. Warszawa 2004, s. 7-11.

poniedziałek, 24 maja 2010

Jerzy Pilch, „Miasto utrapienia”

– Nie denerwuj się – jak zwykle czytała w moich myślach – w końcu nie jestem szeregową ofiarą współczesnej humanistyki. Kojarzę wprawdzie wszystko ze wszystkim, ale robię to inteligentnie i nie zapominam o docieraniu do prawdy.




Jerzy Pilch, Miasto utrapienia. Warszawa 2004, s. 81.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Jan Polkowski, „Elegie z Tymowskich Gór i inne wiersze”

Kim jestem jeśli stwarzają mnie
uszy oprawców





Jan Polkowski, „(Kim bowiem byłem jeśli nie jednym ze słów)”. Drzewa (1983-1987). W: Elegie z Tymowskich Gór i inne wiersze. Kraków 1990, s. 70.

środa, 7 kwietnia 2010

Andrzej Łapicki, „Rekwizytornia” (4)

MICHNIKOWSKI Wiesław

O starej Warszawie rozmawiam z Wiesławem Michnikowskim. Przepytujemy się z niej. On jest specjalistą od ówczesnych sklepów, ale przede wszystkim od kin. Szykuje się do naszych rozmów tygodniami. Wchodzę do garderoby w Teatrze Polskim, a Michnikowski pyta: – Kino Antinea. Mówię: – Bez problemu, róg Żelaznej i Chłodnej. – Niech cię cholera.

Mija jakiś czas i on znowu: – A Czary? Ja strzelam na to: – A Roxy? I zaraz dodaję: – Obok siebie, na Chłodnej.

Tak się szantażujemy znajomością Warszawy.

Dlaczego? Bo to jest zabawne, że w Warszawie przed wojną było sto kilkadziesiąt kin. W tych najmniejszych szły filmy dawno zgrane. Za mojej pamięci wyświetlano jeszcze filmy nieme. Kina były na każdą kieszeń – od Nędzy za 5 groszy, po wytworne – po 3 złote 50 groszy.1

*

WALKER Johnnie

Taka historyjka. Po południu telefon do mnie: „Jędrek? Tu Dudek Dziewoński. Mam butelkę Johnnie Walkera”. Ja mówię: „Już przyjeżdżam”. Jadę. Rozmawiamy, wymieniamy poglądy, wszystko toczy się gładko. W butelce widać dno. Jesteśmy już dobrzy, gdy w okolicach siódmej dzwoni telefon. Do mnie. Kto? Ervin Axer. Mówi: „Słuchaj, musisz ratować teatr”. Tego dnia grali we Współczesnym Temat z wariacjami, trzy jednoaktówki Dürrenmatta zrobione przez Jerzego Kreczmara. W jednej z nich, Człowiek, który jest katem, grał Bardini. Axer mówi: „Saszy nie ma, a przedstawienie musi iść. Najpierw zagramy drugą i trzecią jednoaktówkę, a na końcu ty zastąpisz Saszę. Co to dla ciebie: siedzisz przy biurku, tekst będziesz miał przed sobą. Możesz nawet czytać”.

Ja na to: „Właśnie wypiłem z Dziewońskim butelkę whisky”. „Masz mocną głowę. Już ci szykujemy kawę”. Podesłali samochód, jadę do teatru. Łeb pod kran, siedem kaw. Serce mi łomocze. Suflerka mówi mi do ucha tekst. Powoli zaczynam trzeźwieć. Jestem w swoim ubraniu, bo rzeczy Saszy na mnie nie pasowały. Tamte dwie jednoaktówki poszły. Słyszę: „Pan Łapicki proszony na scenę”. Wychodzę z garderoby i natykam się na Saszę Bardiniego, którego właśnie znaleźli. Myślałem, że mnie szlag trafi. Johnnie Walker psu w d[***]! Wytrzeźwiałem zupełnie niepotrzebnie!2

*

WĘGRZYN Józef

Węgrzyn zmuszał mnie siłą do picia, gdy z nim grałem. Zamykałem się w toalecie, a on podchodził z butelką wódki pod drzwi i kopał je, żebym wyszedł. Gdy siedziałem cicho, krzyczał do inspicjenta: „Przedłużamy przerwę, bo pan Łapicki ma boleści i musimy poczekać, aż wyjdzie”.

Ile mogłem tam wytrzymać nerwowo? W końcu wychodziłem. Byłem wtedy młodym chłopcem, wypicie szklanki wódki to był dla mnie koniec. Wszystko zaczynało mi się rozjeżdżać.

A przecież chciałem przyzwoicie grać. Nie mogłem jednak odmówić. To byłaby obraza. Nie miałbym prawa siedzieć z nim w garderobie.

Dziś nie słyszy się o takich rzeczach. Jeśli ktoś pije, to w domu. Ostatnią anegdotę o piciu w teatrze opowiadała mi Eichlerówna. Grała z Jaraczem w Wilnie. Jaracz był tak pijany, że grał, grał, aż w końcu się zdenerwował, że musi grać, więc położył się koło budki suflera i podziwiał Eichlerównę, że taka ładna, że tak ładnie gra. Ona mówiła wtedy swój tekst i jego, swój i jego. Gdy w pewnym momencie Jaracz ocknął się, spojrzał na widownię i powiedział: „Ona mi pomaga”.3





1 Andrzej Łapicki, Rekwizytornia. Izabelin 2004, s. 156.
2 Tamże, s. 157.
3 Tamże, s. 157n.

sobota, 20 marca 2010

Andrzej Łapicki, „Rekwizytornia” (3)

Wspomnę więc tych, którzy przewinęli się przez moją dziecięcą wyobraźnię i z którymi los zetknął mnie potem na scenie.

Przede wszystkim Węgrzyn.

Szedłem z Mamą ulicą Trębacką, gdy do wejścia za kulisy Teatru Narodowego, a i PIST-u, podjechała taksówka, wysiadł z niej szpakowaty pan o niezwykle szlachetnej, nerwowej twarzy i smutnych oczach, w szarym garniturze. Węgrzyn! – szepnęła Mama i stanęła jak wryta, ściskając mnie za rękę. Znałem go już i z teatru, i z filmu. Serce mi zabiło. Dwie pensjonarki podbiegły, wręczyły mu bukiecik fiołków i poprosiły o autograf. Węgrzyn szybko podpisał albumiki, omiótł Mamę i mnie niewidzącym wzrokiem i zniknął w bramie teatru. Nie podejrzewał, że już za jakieś 12 lat, po drugiej stronie placu Piłsudskiego, czyli Zwycięstwa, będzie mnie pouczał swym niezwykłym głosem: „Wiesz, jak wejdę, zrób pauzę w swoim monologu, po co mają ci go psuć brawami”. Zdarzało mi się, co prawda, czasem czekać bezskutecznie. To już było po tym, jak wypiliśmy „na ty”, kiedy to po którejś wódce zaproponował mi bruderszaft. Niebo ze szczęścia spadło mi na głowę. Najpierw rytualna przeplatanka, wypicie, pocałunek i usłyszałem aksamitny głos: „Józek. Możesz mi mówić: mistrzu”. I tak zostało.

Graliśmy wtedy Ladacznicę z zasadami Sartre'a. Obserwowałem z najbliższej odległości jego wejścia na scenę, profilem, jak na egipskich reliefach, mrużenie oczu przez pół aktu, by je nagle otworzyć w świetle reflektora, byłem świadkiem i uczestnikiem niezwykłej magiczności jego gry. Ale byłem świadkiem również niezwykłych popisów w garderobie, kiedy Mistrz był w dobrym humorze. Mimicznie ukazane perypetie finiszującego na torze na Dynasach kolarza, który jednocześnie zerka w stronę narzeczonej na trybunach, czy przygody pijaka, któremu na przyjęciu nie udaje się wziąć kanapki z tacy obnoszonej przez kelnera, czy emocje gracza na ulubionych wyścigach konnych – to arcydzieła humoru i doskonałości aktorskiej, z którą nie mogłyby się równać umowności arlekinady Marceau czy Barraulta.

Wszystko to przepadło, zostało chyba tylko w mojej pamięci. Tak jak tylko w pamięci tych, którzy go widzieli, zostanie błysk oka czy nagły zwrot głowy, niepowtarzalny jak dźwięk jego głosu. Odprowadzałem go kiedyś późno do domu, skarżył mi się bolesną skargą Króla Leara: „Wiesz, boję się... w nocy, jak jestem sam, zjawiają mi się lwy”.

A jakież inne zwierzę byłoby godne, by zjawić się Węgrzynowi, gdy udręczony zapadał w niespokojną drzemkę swych ostatnich, smutnych nocy.1

*

Osterwę zjechałem od ostatnich w recenzji, którą pisałem z Fircyka dla szkolnego pisma. Miałem lat nie więcej niż czternaście i wydało mi się rzeczą niestosowną, aby starszy pan z brzuszkiem grał amanta. Niepomny swych własnych poglądów, sam popełniam te błędy dzisiaj.2






1 Andrzej Łapicki, „Wielcy aktorzy, których pamiętam”. W: Rekwizytornia. Izabelin 2004, s. 88n.
2 Tamże, s. 89.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...