piątek, 4 czerwca 2010

Szczepan Twardoch, „Przemienienie”

PRL. Młody fajny esbek (a przecież my też! my też! my też jesteśmy fajni! i też się urodziliśmy w niewłaściwym układzie współrzędnych) przeżywa dzielnie różne przygody, pokonuje przeciwności losu, poznaje Prawdę O Wszystkim, wyrywa księżniczkę po przejściach i razem dają nogę do jakiejś sensowniejszej opowieści.

Ustrój niby inny, ale Polska podobna. Nie ma lekko, kiedy indywidualny los tak ściśle wplątany jest w kostropatą kanwę dziejów. Perspektywy niewyraźne, zwycięstwo to tylko szansa na kolejną konfrontację, a nagrodą jest samo przetrwanie. W tle pojechana po bandzie teoria spiskowa, którą autor w ostatniej chwili rozmywa, ratując przed całkowitym odlotem w kosmos – czy raczej przesuwając go na inny poziom, bo zamiast czytelnego wygłupu z cyklu „światem rządzą cykliści” mamy parasensowne wyjaśnienie podane z kamienną twarzą.

Warsztatowo – Twardoch w pełnej krasie. Charakterystyczna smaczna fraza. Chodzące na pełnych obrotach stereotypy genderowe, i nie tylko. Wyidealizowany protagonista, wyraźne alter ego publicystycznej kreacji autora, pełen swoistych cnót, z psychopatią na czele (u mnie zapunktował lekturą Wołkowa). Akcja – bieganie, strzelanie, du.pcz.enie, czym zresztą autor daje asumpt do złośliwości, bo nieudany se.ks opisuje ze szczegółami, a udany jedynie enigmatycznie, wspominając np. o „nieznanych pieszczotach”. Nieco irytujący (bo też nienowy) recycling motywów z innych utworów, np. wzięta żywcem z opowiadania o esbeku „Żywot i śmierć św. Felicjana” prostytutka łudząca się, że udanym se.ks.em rozkocha w sobie kolesia. Jak to u Twardocha, choć to niby realizm, postacie zawieszone są między pełnokrwistymi charakterami a typami z moralitetu, co poszukiwaczom psychologicznej głębi wyda się uproszczeniem, a miłośnikom uniwersalnych figur da możliwość dopatrzenia się bogactwa szczegółu.



Ocena: 4/6

czwartek, 3 czerwca 2010

Jerzy Pilch, „Tysiąc spokojnych miast” (2)

Mężczyźni, Jerzyku, do czterdziestki nie powinni mówić w ogóle, a i po czterdziestce niewiele. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę. Bardzo dobrze czynisz, Jerzyku, że niewiele mówisz, że raczej starasz się w zamian zapisywać zasłyszane zdania.



Jerzy Pilch, Tysiąc spokojnych miast. Londyn 1997, s. 39.

środa, 2 czerwca 2010

wtorek, 1 czerwca 2010

Jerzy Pilch, „Tysiąc spokojnych miast”

– W głębi twoich zielonych oczu, Jerzyku próżniaku, widać całkiem wyraźnie krainę lenistwa, wznoszą się tam złote wzgórza, na których będziesz się wylegiwał, stoją tam kanapy twoich wielogodzinnych drzemek, piętrzą się zeszyty, których nigdy nie zapiszesz, jest tam tysiąc spokojnych miast, w których żył będziesz z dnia na dzień, tysiąc spokojnych białych miast o flegmatycznej architekturze i sprzyjającym klimacie, upały panują od samego rana, otwarty na przestrzał tramwaj jedzie przez zielone błonia, o, jak słodko będzie ci się, Jerzyku, mieszkać w sednie tego powoli budzącego się i zawsze przed ostatecznym rozbudzeniem usypiającego życia.



Jerzy Pilch, Tysiąc spokojnych miast. Londyn 1997, s. 36n.

niedziela, 30 maja 2010

Andrea Camilleri, „Cierpliwość pająka”

Nie mogłam się oderwać, choć oczywisty już tuż za półmetkiem final twist nie był oczywisty dla komisarza Montalbano, który na życzenie autora z wielką pompą zbierał poszlaki i drapał się po głowie, a zagadkę rozwiązał dzięki pracy podświadomości, skutkiem której koniec końców doznał olśnienia na widok pająka. Niepoważne? Tak, choć mniej niż się zdaje, bo psychologia była kluczem do rozwikłania intrygi. Do tego jak zawsze świetne tło i cierpkie poczucie humoru.




Ocena: 4/6


sobota, 29 maja 2010

Jan Polkowski, „Elegie z Tymowskich Gór i inne wiersze” (2)

Bardzo prosto: nie przepadam za klasycyzującą poezją białą, w której podmiot liryczny rytmicznie powtarza „matka”, „Ojczyzna”, „kobieta”, „dziecko”, „liść”, w przerwach wpatrując się w zadumie w nadmorski horyzont (lub w płótno Goi) i modląc się za żołnierzy śpiących w łonie ciężarnej – a przy tym składa deklaracje typu „Rzadko na moich wargach”1. Wiersze Polkowskiego są właśnie takie – pełne apostrof do syna i rozmów z duchami dawnych poetów, estetyzowanych atawizmów i patriotyczno-religijnego wzdychania. Lekko się wzruszyłam, bo piękne, lekko się uśmiechnęłam, bo przestylizowane. Na pewno sprawdzę w najnowszym tomie „Cantus”, co u poety się zmieniło w czasie emigracji wewnętrznej.

Na zdjęciu okładka wydania WL-u z 2008 roku.

***

Co oznacza wzniesiona pięść, przeciągły okrzyk,
przecinające się linie na kamieniu, ziemi, drzewie?

Byłem jak inni, ale nie odkryło się przede mną
to, o czym opowiadają drzewa
przyrastające słój po słoju.
Nie odkryła się jasność
(losu).2

*

Dziękuję Ci, mleczny bracie, Vermeerze van Delft,
to Ty sprawiłeś, że moja Matka w holenderskim czepku
i żółtym kaftanie, w perłowym świetle kutego okna
ufnie czekała na połóg.

Ja zaś byłem arką w bursztynie Jej wód,
gołębiem i gołębicą, żeńskością i męskością niewinnego świata.
Chciałem przenieść w sobie więcej niż każdemu dane,
a szczególnie sposób w jaki świat, fragment po fragmencie,
mógł się upodobniać do Twoich obrazów.

Lecz które dzieło ludzkie samo siebie objaśnia?
Nikłe więc miałem szanse by zrozumieć siebie.
Słuchając mojej historii stworzenia, zapamiętajcie,
że i ja chciałem ocaleć.3





Ocena: 4/6




1 Jan Polkowski, „»Rzadko na moich wargach«”. Ogień (1982-1983). W: Elegie z Tymowskich Gór i inne wiersze. Kraków 1990, s. 64.
2 Jan Polkowski, „(Nie było nic – oto, co było...)”. Drzewa (1983-1987). Tamże, s. 69.
3 Jan Polkowski, „(Zaistnieć, to znaczy opisać tę lukę w pamięci?...)”. Elegie z Tymowskich Gór. Tamże, s. 103.

piątek, 28 maja 2010

Jerzy Pilch, „Miasto utrapienia” (4)

Nie tylko z powodu łażenia za Patrykiem, także z powodu mojej chorobliwej woli łażenia przemierzyłem wzdłuż i wszerz Warszawę. Same – szczerze powiem – trupie trasy. Z jednej strony ciężko uwierzyć, że zaledwie kilkadziesiąt lat temu była tu zbombardowana równina i obłok ceglanego pyłu, z drugiej – jest w warszawskich murach jakaś niestabilność i niepewność, od piwnic idzie pogłos apokalipsy. Na Siennej (niedaleko wieżowca, w którym mieszka Patryk) w mroku podwórza samotnie gra w piłkę siedmio- a może ośmiolatek, wokół niego mury kamienic, rupieciarnie balkonów, nad nim korony wrośniętych w beton kasztanów, prostokąt nieba, z daleka słychać czyjś rozpaczliwy krzyk. Dziecko niczego nie słyszy, ale – nie wiem, skąd to wiem – będzie kiedyś zajmować się układaniem słów. Każdy przedmiot, liść, cień, dźwięk zostaje w jego głowie.

[...]

Kto opowie nasze historie? Kto słyszy niesłyszalny łoskot śmigłowca nad Granatowymi Górami?

Na dnie kamiennej studni podwórza przy ulicy Siennej gram w piłkę. Wieczorem, za ćwierć albo za pół wieku, na wyrwanej z zeszytu kartce zapiszę pierwsze zdanie: W roku 2000 w Warszawie mieszkał pewien młody człowiek, który nie radził sobie ze światem. Bez przesady – radziłem sobie.






Jerzy Pilch, Miasto utrapienia. Warszawa 2004, s. 349nn.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...