niedziela, 7 listopada 2010

Dubravka Ugrešić, „Forsowanie wywiadu rzeki” (2)

W Chorwacji wszystko to, co związane było z komunizmem i byłą Jugosławią, zostało zniszczone. Zniszczono na przykład ponad trzy tysiące pomników ofiar faszyzmu. W zeszłym roku zniszczono pomnik Tito dłuta najwybitniejszego chorwackiego rzeźbiarza Augusta Lincica, przed jego mauzoleum. Wiele książek zostało usuniętych z bibliotek, książek napisanych przez komunistów albo Serbów. Wydana została cicha instrukcja, żeby pewne pozycje zniszczyć. I naprawdę mieliśmy palenie książek w Chorwacji, nikt o tym nigdy nie wspominał głośno, bo traktowano to jak domowe brudy, których nie należy wyciągać na światło dzienne. Odbywa się tam próba wycięcia ze zbiorowej świadomości pięćdziesięciu lat historii i połączenia nowej Chorwacji z Chorwacją z czasów drugiej wojny światowej, kiedy kraj był niepodległy dzięki temu, że popierał nazistów. [...] Oczywiście, należy jeszcze dodać, że oprócz tego wojennego sentymentu silny jest również ruch mający na celu zbliżenie Chorwacji do Austrii, a przede wszystkim Wiednia. Dość już tej baklavy, tego cevapcici i tak dalej, wiwat strudel i kiełbasa.




Ugrešić Dubravka, „Forsowanie wywiadu rzeki”. W: Drotkiewicz Agnieszka, Dziewit Anna, Głośniej! Rozmowy z pisarkami. Warszawa 2006, s. 78n.

sobota, 6 listopada 2010

Dubravka Ugrešić, „Forsowanie wywiadu rzeki”

To ciekawe, jak bardzo źle została ta książka [Amerykański fikcjonarz] przyjęta w Stanach. Poczuli się jakoś bardzo opresjonowani tym, że się o nich cokolwiek napisało, nie czując zarazem, że też tworzą jakąś opresję, pisząc o kimś innym. W Stanach można znaleźć setki, jeśli nie tysiące książek o Europie Środkowo-Wschodniej, jak tu jest bardzo brzydko, ohydnie, jak ludzie są tu głupi, prymitywni i tak dalej. Rok temu kupiłam tam przewodnik, w zamierzeniu mający być czymś, jak mniemam, zabawnym, pod tytułem Przewodnik po Molvanii, wymyślonym kraju, będącym pewnie skrzyżowaniem Mołdawii z Albanią, z podtytułem Molvania – kraj nietknięty przez współczesną dentystykę. Na okładce, oczywiście, zdjęcie bezzębnego pana pewnie z jakiejś Rumunii, czy innej Serbii. W środku zaś wiele takich zabawnych kadrów osób z problemami dentystycznymi. I to jest złe. Bardzo. Ale nikt nigdy o tym nie napisał, nie przeciwstawił się temu, ponieważ ludzie ze Wschodu przyzwyczaili się do tego, że postrzega się ich jako ludzi brzydkich, bezzębnych, leniwych, szalonych i prymitywnych.




Ugrešić Dubravka, „Forsowanie wywiadu rzeki”. W: Drotkiewicz Agnieszka, Dziewit Anna, Głośniej! Rozmowy z pisarkami. Warszawa 2006, s. 77.

piątek, 5 listopada 2010

Julio Cortázar, „Opowieści o kronopiach i famach”

Ponieważ skryby przetrwają, czytelnicy, i tak już nieliczni, zmienią swoje zajęcia i również zostaną skrybami. Coraz więcej krajów będzie należało do skrybów i fabryk papieru i atramentu – skryby w dzień, a maszyny w nocy, żeby wydrukować to, co skryby wypisały. Pierwsze wystąpią z brzegów domowe biblioteki, a zarządy miejskie zadecydują (już się o tym mówi), że na rozszerzanie ich trzeba poświęcić tereny ogródków dziecięcych. Później padną teatry, domy matki i dziecka, rzeźnie, stołówki, szpitale. Biedacy zamiast cegieł używają książek, łącząc je cementem, i tak powstają ściany, a potem całe chałupki z książek. Ale wtedy książki występują z miast i zajmują wsie, tratując zbiory i pola słoneczników, a zarządowi dróg ledwie udaje się uratować szosy biegnące pośród wysokich książkowych ścian. Czasami któraś z tych ścian wali się, powodując straszliwe katastrofy samochodowe. Skryby pracują bez przerwy, bowiem ludzkość ma szacunek dla powołania, tymczasem druki dochodzą już do brzegu morza. Prezydent republiki dzwoni do prezydentów innych republik i wysuwa inteligentną koncepcję, by nadmiary książek wyrzucać do morza, co odbywa się równocześnie na wszystkich plażach świata. W ten sposób skryby syberyjskie widzą, jak ich książki pochłania morze lodowate, skryby indonezyjskie etc. To pozwala skrybom na powiększenie produkcji, bowiem na ziemi znowu jest miejsce na gromadzenie książek. Nie myślą o tym, że morza mają dno i że na tym dnie już zaczynają się tworzyć góry druków, z początku w postaci lepkiej, a później skawalonej masy, wreszcie twardej podłogi, która, stale się podnosząc, pewnego dnia dojdzie aż do powierzchni. Wtedy wielkie wody zaleją ziemię, nastąpi przemieszczenie kontynentów i oceanów, prezydenci różnych republik zostaną zastąpieni przez jeziora i półwyspy, a inni prezydenci innych republik ujrzą, że przed ich ambicjami otwierają się olbrzymie obszary etc. Algi morskie, obdarzone tak gwałtownym pędem do rozrastania się, albo znikną, albo będą szukały wytchnienia łącząc się z drukami, co wytworzy kleistą mazię, i pewnego dnia kapitanowie wielkiej żeglugi zauważą, że okręty ich ledwie się posuwają, z trzydziestu węzłów schodzą do dwudziestu, do piętnastu, że motory huczą, a śruby deformują się. W końcu wszystkie okręty zatrzymują się w rozmaitych punktach mórz, schwytane przez mazię, a skryby całego świata piszą tysiące egzemplarzy, w których, pełni niebywałej radości, tłumaczą ów fenomen. Prezydenci i kapitanowie postanawiają przemienić statki w wyspy i kasyna, publika ciągnie pieszo po kartonowych morzach do kasyn, na wyspach, gdzie grają najrozmaitsze orkiestry, jest klimatyzacja i gdzie się tańczy do białego rana. Nowe druki gromadzą się na brzegach mórz, ale nie można ich wepchnąć do mazi, więc zaczynają rosnąć ściany druków i rodzą się góry nad ich dawnymi brzegami. Skryby rozumieją, że fabryki papieru i atramentu zbankrutują, więc piszą coraz drobniejszymi literkami, wykorzystując najmniejsze skraweczki każdego arkusza. Kiedy kończy się atrament, zaczynają pisać ołówkiem. Kiedy kończy się papier, piszą na tablicach, kaflach i tak dalej. Powstaje zwyczaj wstawiania jednego tekstu w drugi, ażeby wykorzystywać interlinie, albo też żyletkami skrobie się to, co było napisane, by móc od nowa używać papieru. Skryby pracują powoli, ale jest ich taka ilość, że druki całkowicie już oddzielają lądy od łożysk dawnych mórz. Na ziemi z trudem żyje rasa skrybów, skazana na wyginięcie, zaś na morzach są wyspy i kasyna, czyli transatlantyki, na których schronili się prezydenci republik i gdzie odbywają się wielkie fiesty i przesyła się wiadomości z wyspy na wyspę, od prezydenta do prezydenta, od kapitana do kapitana.




Cortázar Julio, „Koniec końca świata”. W: Opowieści o kronopiach i famach. Tłum. Zofia Chądzyńska. Warszawa 1999, s. 67nn.

czwartek, 4 listopada 2010

Krzysztof Nawratek, „Miasto jako idea polityczna”

[W]spółczesne miasta jako takie, same w sobie, nie mają niemal żadnego znaczenia politycznego. A przecież wielbiciele Miasta europejskiego chętnie powołują się na grecką polis, a Polis była przede wszystkim konceptem politycznym (to od słowa polites – którym określani byli pełnoprawni mieszkańcy polis – pochodzi przecież słowo polityka). Mimo więc wzrostu gospodarczego, przestrzennego czy demograficznego – Miasta umierają. Umierają jako idea polityczna, jako sposób życia ich mieszkańców oparty na samozarządzającej sobą wspólnocie. Choć więc na pierwszy rzut oka może się wydawać, że miasta przeżywają dziś oszałamiający wzrost, w istocie ma miejsce proces odwrotny. Oczywiście – zewnętrzny, fizyczny wymiar miasta rośnie, lecz to, co rośnie, to, co wciąż nazywamy miastem, wcale nim nie jest – to nowotwór, to zmutowana narośl, to karykatura Miasta. To raczej „obszar zurbanizowany” niż Miasto. Miasta umierają i myślę, że tego procesu już się nie da zatrzymać. Śmierć Miasta jednak nie oznacza końca tej idei, którą Miasto było, którą wniosło w historię Europy i świata. Miasta umierają jako pewien koncept życia wspólnoty, lecz ta śmierć nie oznacza, że historia się kończy. Istnieje życie po śmierci. „Obszar zurbanizowany” to opis pewnego fenomenu społeczno-przestrzennego, podczas gdy Miasto było projektem politycznym, społecznym i gospodarczym. Przede wszystkim politycznym. Po śmierci Miasta możemy spodziewać się, że powstanie coś nowego, coś, co będzie nowym pomysłem na siebie ludzi, którzy żyją w dużych skupiskach na małej powierzchni.




Nawratek Krzysztof, Miasto jako idea polityczna. Kraków 2008, s. 16.

środa, 27 października 2010

Roberto Salvadori, „Pejzaże miasta” (4)

Co za piękne czasy, gdy do Jelisiewa przywożono świeże ostrygi! Arystokratyczne luksusy, można by powiedzieć. Ale jeśli dzisiaj z jakiegoś sklepiku doleciałby zapach świeżo złowionej soli, czy byłby to powód do oburzenia? A tymczasem nic z tego: nieliczne sklepy rybne okazują się tylko fabrykami smrodu, te trochę bowiem ryby, którą tam wystawiono – możesz dostać ususzone, wędzone, zapuszkowane. Nigdy świeże. Pociemniałe gładkie kształty – poskręcane lub rozłupane – nie wydają się owocem przejrzystych, obfitych w ryby wód, lecz niepokojącymi zwierzętami doświadczalnymi, które przeżyły nieludzkie eksperymenty genetyczne, albo reliktami owianych mrokiem katastrof. Ktoś będzie musiał mi kiedyś wytłumaczyć, skąd bierze się odraza do świeżych ryb, nękająca ludy słowiańskie zamieszkałe nad Bałtykiem. Jeśli zaś twój wzrok trafi na dział mięsny Jelisiewa, ujrzysz pod szkłem serca, wątroby i całe płuca, które wydają się ulepione z wosku. Bardziej niż ladę sklepu spożywczego przypomina to stół z preparatami w klinice weterynaryjnej. Zresztą jest to miasto Pawłowa, toteż odruch warunkowy sprawia, że myślę o jego biednych psach, o złowrogim Instytucie Medycyny Doświadczalnej, gdzie uczony pracował od chwili jego założenia (1890) aż do swojej śmierci (1936).




Salvadori Roberto, „Blade noce Sankt Petersburga”. W: Pejzaże miasta. Tłum. Paweł Bravo. Warszawa 2006, s. 102n.

wtorek, 26 października 2010

piątek, 1 października 2010

Roberto Salvadori, „Pejzaże miasta” (3)

Te młode kobiety i ich mężczyźni to dzieci i wnuki tych, których zmuszono, by przywlókłszy tu z sobą rozdzierającą nostalgię i głębokie przywiązanie do swojej ziemi, odbudowali miasto i odbudowali sobie życie. Wspaniały rozkwit nowego pokolenia, które chodzi teraz pewnym krokiem po ulicach Wrocławia, dowodzi, że wykorzenienie i przeszczep dały pozytywne owoce: prawie zatarła się pamięć o całkowitej transfuzji krwi do organizmu miejskiego. Zostały po niej jednak wyraziste ślady. W tym samym punkcie Rynku, gdzie od 1813 wznosił się konny pomnik Fryderyka Wilhelma III, wyrasta posąg dramatopisarza Fredry, urodzonego pod Lwowem; siedzi w zamyśleniu pod niebem nowej ojczyzny. Nie wzbudzi zdziwienia, jeśli trafimy na restauracje z tradycyjną kuchnią lwowską. Co do bagażu kulturalnego, pionierzy śląskiego Dzikiego Zachodu przynieśli z sobą dwa cenne ładunki: Zakład Narodowy – bogaty w kodeksy, inkunabuły, rękopisy – założony we Lwowie przez Ossolińskiego w 1817, dziś ulokowany w barokowym pałacu, oraz odsłoniętą we Lwowie 5 czerwca 1894 wspaniałą Panoramę Racławicką namalowaną w dziewięć miesięcy przez dziewięciu malarzy. Kto wchodzi do mieszczącej ją rotundy, staje w słoneczny poranek na wzgórzu w środku potyczki pomiędzy wojskiem rosyjskim i polskimi powstańcami pod wodzą Kościuszki; ma przed sobą pagórkowaty krajobraz oddany z zaskakującym realizmem na ogromnym kolistym malowidle (120 metrów długości, 15 metrów wysokości). Płótno przeniesiono do Wrocławia już w 1946, ale ogromny zwój leżał zagrzebany w jakimś magazynie aż do 14 czerwca 1985: przez prawie 40 lat nie wydawało się stosowne, aby pokazać polskiej publiczności rosyjską przegraną.




Salvadori Roberto, „Podwójne życie Wrocławia”. W: Pejzaże miasta. Tłum. Paweł Bravo. Warszawa 2006, s. 62n.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...