poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Tomasz Piątek, „Przypadek Justyny”


Kiedy miałem dziewięć lat, ciotka zapytała mnie, czy na podwórku bawię się z innymi dziećmi w kółko graniaste. Był to jeden z tych momentów mojego życia, w których bardzo dużo zrozumiałem.

Na podwórku, oczywiście, nie bawiłem się w kółko graniaste. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że na podwórku można bawić się w kółko graniaste. W kółko graniaste bawiłem się natomiast w szkole. Bawiłem się, bo musiałem. Pani, która nas uczyła, miała dziwaczny zwyczaj przerywania interesującego wykładu o zwyczajach ślimaków albo o zdaniach rozwiniętych i kazała całej klasie kręcić się w kółko pod tablicą. Musieliśmy przy tym powtarzać rymowankę. Jedna z nich mówiła o w miarę niewinnym jeszcze kółku graniastym, za to druga była naprawdę upiorna. „Ach, jakże jest nam wesoło, dwa kółeczka krążą wkoło, dwa kółeczka krążą wraz, ach, jakże to bawi nas”. Gdybym kiedykolwiek był naczelnikiem więzienia, kazałbym tak robić moim więźniom. I skowyczałbym przy tym ze śmiechu. I może dopiero wtedy poczułbym się uwolniony od tych dwóch kółeczek.

Kiedy ciotka zadała mi to pytanie, zrozumiałem, że kiedy ona była mała, dzieci robiły coś takiego z własnej nieprzymuszonej woli, a nawet dla jakiejś perwersyjnej przyjemności. Zrozumiałem, że tak samo musiały robić jeszcze wtedy, kiedy pani była mała. Zrozumiałem, że pani myślała, że to jest zabawa i że my sami, z własnej woli, też się tak bawimy. Zrozumiałem, że ona chce nam zrobić przyjemność.

Zrozumiałem też, dlaczego pani każe nam śpiewać piosenkę o parowozie, z imitującym gwizdanie refrenem: „Fijuju, fijuju, fijuju, fiu”, który koledzy przerabiali na: „Fijujut, fijujut, fijujut, fiut”. Parowóz był czymś obrzydliwym, mniej więcej jak stary i zakurzony samochód marki maluch, ale najwyraźniej kiedy pani była mała, parowóz był czymś takim jak odrzutowiec. I nadal panią fascynował.

Na podwórku nie bawiliśmy się w kółko graniaste, ani w parowóz. Przeważnie bawiliśmy się w ten sposób, że jeden drugiemu zabierał zabawkę, a tamten musiał ją odebrać. I gonił za nim, krzycząc: „Chuju pierdolony!”.

– Nie, nie bawimy się w kółko graniaste – powiedziałem. – Bawimy się w chujów pierdolonych.

Ciotka nakrzyczała na mnie. A dopiero niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że nasza pani musiała myśleć o sobie jako o pani bardzo nowoczesnej. Technika rekreacji w środku lekcji, jaką wtedy wprowadziła, musiała być absolutną nowością w pedagogice.




Piątek Tomasz, Przypadek Justyny. Wołowiec 2004, s. 63nn.

niedziela, 5 lutego 2012

„Doctor Who”, sezon 1

Oglądam „Torchwood”, spin-off serialu „Doctor Who”, czas więc na parę słów o samym „Doktorze”. Tylko jak to napisać? Jak napisać, że serial o samotnym przedstawicielu pozaziemskiej cywilizacji Władców Czasu, wraz z ponętną Ziemianką latającym po świecie – czy raczej światach – w angielskiej budce policyjnej z lat 60. XX wieku i regularnie ratującym wszechstworzenie od zagłady przy pomocy kieszonkowego Cudownego Artefaktu może nie być parodią, ale fantastycznym serialem wszech czasów (przynajmniej w naszym wszechświecie)? Dickens i duchy w wiktoriańskim Cardiff, kosmiczni łupieżcy infiltrujący brytyjski rząd, atak morderczych manekinów na Londyn, ostatni człowiek, czy raczej post-człowiek, obserwujący Ziemię ginącą w ogniu Słońca – odcinek za odcinkiem wypełniają brawurowe podróże w czasie i przestrzeni, a szalone przygody, nieobciążone zresztą nadmierną troską o spójność, służą za kanwę nawiązań do popkultury, aluzji politycznych, a przede wszystkim – zjawiskowych efektów specjalnych, co razem daje potężną dawkę dziecięcej frajdy. A w tle biegnie do bólu realistyczny wątek obyczajowy – towarzyszka Doktora, Rose, wychowana w niepełnej rodzinie dziewczyna z mało perspektywicznych rejonów społeczeństwa klasowego, próbuje ułożyć sobie stosunki z chłopakiem, matką i resztą świata. Billie Piper wypadła w swojej roli znakomicie, podobnie jak Christopher Eccleston, jako Doktor dyskretnie uroczy bez popadania w czarusiowatość, lekko przemądrzały bez popadania w zadufanie, wyalienowany, a jednocześnie bardzo ludzki.

Nie jest to właściwie sezon pierwszy, a jedynie pierwszy po przerwie – „Doctor Who” był wcześniej kręcony w latach 1963-89, czyli przez 26 sezonów! Powrócił, po kilkunastu latach obietnic BBC, w 2005, na dzień dobry zgarniając 10 milionów widzów, czemu trudno się dziwić, bo sądząc po bohaterach – szukająca swojego miejsca sprzedawczyni w butiku odzieżowym, domorosły haker zarabiający na życie jako mechanik, mamuśka z bezrobotnej klasy pracującej, z tlenionym kucykiem związanym wyciągniętą frotką i plastikowymi kolczykami w formie różowych serduszek – jest to serial adresowany do tak zwanego zwykłego człowieka. Trudno się powstrzymać od przygnębiających porównań z polską popkulturą, niezdolną do stworzenia nie tylko własnego Doktora, ale nawet porządnej edycji kultowego serialu Brytyjczyków. Pierwsza seria, jedyna wydana w Polsce, zwraca uwagę defektami – od pominięcia jednego z odcinków w spisie odcinków na okładce (na szczęście na płytach są wszystkie), poprzez nienajlepsze tłumaczenie dialogów, aż po paskudne błędy ortograficzne w napisach („morzemy”!). Póki więc mamy to, co mamy, pozostaje zanurzyć się w kulturze brytyjsko-pozaziemskiej.




Ocena: 6/6

sobota, 4 lutego 2012

Enrique Vila-Matas, „Krótka historia literatury przenośnej” (9)

Kolejną niespodzianką było to, że na dnie morza pada deszcz i „gęsto płynie łza, rozlewa się obficie i jak swój własny duch rozpływa się w niejasnym grymasie zapomnienia w morzu rozsądku, gdzie deszcz pada powoli i ukośnie, a to proza płacze...”.




Vila-Matas Enrique, Krótka historia literatury przenośnej. Tłum. Joanna Karasek. Warszawa 2007, s. 97.

piątek, 3 lutego 2012

Gajto Gazdanow, „Wieczór u Claire; Widmo Aleksandra Wolfa”

Wydanie obejmuje dwie króciutkie powieści, z których pierwsza, debiutancki „Wieczór u Claire”, mimo że krótsza, okazała się nie do przebrnięcia. Być może spodoba się miłośnikom Prousta ciepło nastawionym do jego epigonów, bo i tu przez kilkadziesiąt pierwszych stron bohater-narrator przewraca się w łóżku i wspomina dotychczasowe życie – jak podobno skwitował „W stronę Swanna” jego niedoszły wydawca. Wspomnienia te, jak to marzenia senne, płyną pozornie chaotycznie, i to tyle podobieństw formalnych, bo powieści daleko do stylistycznego czaru impresjonizmu Prousta. Poza tym o ile u Prousta historia usiana jest obyczajowymi obserwacjami-perełkami, o tyle u Gazdanowa bohater po prostu bez polotu brnie przez życie. Droga przez mękę.


Ocena: poddałam się na 53 stronie

*

Jeśli zaś chodzi o „Widmo Aleksandra Wolfa”, to niefortunnie zaczęłam lekturę od noty na okładce, więc teraz zostaje mi zacząć od ostrzeżenia dla czytelników, a gratulacji dla wydawnictwa. Trzeba wybitnego poczucia humoru, żeby nazwać utwór „thrillerem”, choćby i „psychologicznym”, po czym opowiedzieć całość do końca, dosłownie aż do ostatniego zdania. A jest to historia człowieka ściganego przez całe życie przez widmo mężczyzny zabitego przezeń w czasie rozruchów. Wrota piekieł, które uchyla wojenna rzeź za sprawą widma nie mogą się zamknąć, a cień apokalipsy zasnuwa dalsze życie bohatera. Opublikowane tuż po wojnie „Widmo” (1947), w porównaniu z młodzieńczym „Wieczorem” (1929), to rzecz zupełnie innego formatu. O ile „Wieczór” eksploatował nostalgię za przeszłością z drętwotą charakterystyczną dla zapożyczeń i manieryzmów, o tyle w „Widmie”, niepokojącym i niejednoznacznym, temat powracającej przeszłości tchnie autentyzmem. Nie był może Gazdanow wielkim pisarzem, ale przynajmniej przerósł sam siebie.


Ocena: 4/6

czwartek, 2 lutego 2012

Lutowy początek roku

Trzy i jedna trzecia roku istnienia bloga – istnienia, bo niezupełnie: pisania. Nawet bez jakichś szczególnych podsumowań można już dostrzec pewne prawidłowości, choćby patrząc na kalendarz archiwum. Cóż, wyzwania inspirują mnie do czytania, ale nie do pisania. Sporadycznie wspominam lektury z wyzwań, pozostałych – nawet i to nie, tuziny wersji roboczych zalegają gdzieś w otchłani, nawet odpisywanie zaniedbuję (niniejszym wszystkich, których to dotyczy, przepraszam). Nie zamierzam zarzucać bloga, ale i ciszy z niego nie przegonię.

wtorek, 31 stycznia 2012

Murasaki Shikibu, „Genji monogatari”


„Genji monogatari”, czyli „Opowieść o księciu Promienistym”, to pochodząca z początku XI wieku powieść Takako Fujiwary, córki japońskiego arystokraty i urzędnika cesarskiego, Tametoki Fujiwary (Murasaki Shikibu to pseudonim). Licząca 54 rozdziały „Genji monogatari” nie została jeszcze w całości przełożona na język polski, w internecie są jednak dostępne wybrane rozdziały w przekładzie Moniki Szyszki. Dzieło to jest zapewne fundamentalne z perspektywy historii japońskiej literatury, ale z perspektywy współczesnego szeregowego czytelnika – niekoniecznie.

„Genji monogatari” opowiada – bo i o czym miałby opowiadać utwór z czasów feudalnych – o życiu dworu. Miłość dworska, dworska żałoba, dworskie intrygi, dworskie obrzędy religijne, dworska muzyka i poezja, przy pomocy której komunikuje się książę (w tekst autorki są zresztą wplecione liczne przywołania autentycznej poezji z epoki), realia dworskiej codzienności – przedstawione są przez Shikibu barwnie i nadspodziewanie ciekawie. Choć nad życiem księcia nieustannie unosi się śmierć i smutek, swawolnych dworskich obyczajów nie powstydziłaby się współczesna opera mydlana (kochliwy, choć nomadycznie wierny książę wiąże się a to z bratanicą, a to z własną przybraną córką). Czego zresztą skutkiem ubocznym są pogmatwane koligacje, wywołujące zamęt odwracający uwagę od samej opowieści. Wymowa całości „Genjiego” jest pewnie bogatsza, jednak we fragmentach potrafi znużyć.




Ocena: 3/6

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Yoko Tawada, „Fruwająca dusza”

Podobno człowiek od dawien dawna tęskni do Tygrysa. W księgach świątynnych są zapiski, że przed kilkuset laty liczne były przypadki porzucania domów przez młode dziewczęta, które odchodziły w głąb lasu, gdzie ponoć żyła pogromczyni Tygrysa imieniem Kikyo. W miejscu gdzie przypuszczalnie stał jej dom, jest dziś Szkoła. Naucza tam mądrości z Księgi kobieta, która zdobyła rozgłos, naturalnie, jako Kikyo. I tak jak paręset lat temu, znów ciągną tam, zostawiając swe domy, młode dziewczęta. Risui też pewnego dnia spakowała rzeczy i odeszła. Risui to właśnie ja.1

***

Niewiele potrafię powiedzieć o tej książce poza tym, że jest genialna. Bohaterka, Risui, odpowiada na znak, porzuca świat i wyrusza w miejsce odosobnienia, gdzie wraz z grupą kobiet poświęca życie na studiowanie Księgi, czyli kroczenie Drogą Tygrysa ku – no właśnie, czemu? Oświeceniu? Świętości? Zjednoczeniu z bóstwem? To rozstrzygnięcie jest zbyteczne, bo chociaż „Fruwająca dusza” pełna jest poetyckiej fantastyczności przesyconej odniesieniami do kultury Wschodu, orientalność wydają się jedynie ilustrować uniwersalny rozwój życia mistycznego. A że mistyka nabudowuje się na konkrecie, autorka musiała zgłębić codzienność grupy religijnej. Tawada stworzyła znakomite studium relacji, jakie w mniejszym czy większym stopniu zawiązują się chyba we wszystkich grupach tego typu – od zakonu kontemplacyjnego po akademickie seminarium filozoficzne. Erudycja, wnikliwość i wyobraźnia Tawady sprawiają, że trudno się z utkanym przez nią światem rozstać.




Ocena: 6/6


1 Tawada Yoko, Fruwająca dusza. Tłum. Barbara Słomka. Kraków 2009, s. 8.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...