sobota, 29 grudnia 2012

Paweł Smoleński, „Powiatowa rewolucja moralna”

Jacek, socjolog, uważa, że naczelną przyczyną jumy była właśnie bieda. Oraz szczególnie pojmowana zaradność. Rodzice żyją z kuroniówek, nie potrafią znaleźć pracy, umieją tylko narzekać, siedzą w domach i smędzą, te ich parę groszy zasiłku ledwie starcza na żarcie i światło, czasem na podrobiony łach. Chodzić w podróbce to obciach. Młodzież z fotokomiksów ubiera się inaczej. Jumacze – zdaniem Jacka – po swojemu rzucili wyzwanie bezradności i biedzie. Ich rodzice tego nie umieli.

Tomek, terapeuta i rówieśnik najstarszych jumaczy, dodaje, że za jumą stoi upadek cenzury. Nie tej prasowej, krępującej wolne słowo, lecz społecznej, kontrolującej obyczaje i zachowania. Dostatek stał się modny. Luzactwo w cenie. Żyj, jak chcesz, w najgorszym wypadku wytkną cię palcem, ale już nie mogą zabronić. Bądź kulerski. Nieudacznicy do piachu.

Opowiada: – Zewsząd mówiono nam: bierzcie życie we własne ręce, radźcie sobie, jak potraficie. Jumacze stali się bardzo zaradni.1

*

Tomek: – Z miasteczkami na pograniczu jest tak samo jak z samooczyszczającą się rzeką. Po wielkiej powodzi szlam opada, więc woda wydaje się czysta, choć na dnie zalega gówno i brudy. To miasto pozwoliło na jumę, żyło z jumy, podziwiało jumaczy, korzystało z nich. Tu na jumie wyrosły fortuny. Ale podskórnie wszyscy czuli, że juma to szambo, ściek. Nikt się w tym gównie dziś grzebać nie będzie. Choćby sam zawinił.2




1 Smoleński Paweł, „Dziś wrzuta na Reichu”. W: Powiatowa rewolucja moralna. Kraków 2009, s. 17.
2 Tamże, s. 32.

sobota, 22 grudnia 2012

Leonardo Sciascia, „Dzień puszczyka”

„Dzień puszczyka” to powieściowy debiut Sciascii i zarazem jego wielkie wejście, choć jeszcze nie szczyt formy. Gorzko-kwaśno i bez złudzeń, wyraźnie widać zapowiedź przyszłych obsesji, bo to i sycylijska tematyka – mafia, Kościół, polityka, skorumpowane społeczeństwo, i nuta koniecznego cynizmu w obliczu świata odczarowanego. Brak za to jeszcze tej szczególnej lekkości i melancholijnego humoru z góry wiadomej przegranej. Powieść w oryginale opublikowano w roku 1961, kiedy samo istnienie mafii było jeszcze dla Włochów kwestią sporną – „Dzień puszczyka”, częściowo oparty na faktach (za inspirację posłużyło autentyczne morderstwo z roku 1947), wzbudził więc spore poruszenie opinii publicznej. W 1968 roku książka została przeniesiona na ekran przez Damiano Damianiego, a jedną z ról głównych zagrała Claudia Cardinale.

***

– Zaraz powiem o rogaczach. Ktoś odkryje, że mu się romansuje w domu, zrobi jatkę: nie jest urodzonym rogaczem. Ale jeśli uda, że o niczym nie wie, albo pogodzi się z rogami, to znaczy, że się rogaczem urodził... [...] Naród – uśmiechnął się szyderczo stary – naród... Naród miał rogi i ma rogi: różnica polega na tym, że faszyzm zawieszał chorągiew tylko na rogach całego narodu, a demokracja pozwala, aby każdy zawieszał ją sobie, i to w dowolnym kolorze, na własnych rogach... Wracajmy do naszego tematu; nie tylko pewni ludzie rodzą się rogaczami, rodzą się nimi także całę narody; rogacze od najdawniejszych czasów, jedna generacja po drugiej...1




Ocena: 4/6


1 Sciascia Leonardo, Dzień puszczyka. Tłum. Halina Kralowa. Warszawa 2010, s. 54nn.

piątek, 21 grudnia 2012

Edmund Niziurski, „Przystań Eskulapa; Szantaż w wodociągach”

Co jest dobre w powieściach milicyjnych, to że jak znalazł nadają się do autobusu. W odróżnieniu od literatury pociągowej, literatura autobusowa nie powinna przykuwać ani wciągać, chodzi w końcu o to, by czymś zapełnić dwadzieścia minut między przystankami, a nie by dać się wywieźć do drugiej strefy biletowej. Peerelowskie kryminały cechują się tą przedkonsumpcyjną niespiesznością świata, w którym ani ofiara szantażu, ani podejrzani, ani śledczy nie popadają w zbyteczną ekscytację, dzięki czemu w każdej chwili można się oderwać od śledztwa i, wzorem bohaterów, zająć hodowlą świnek morskich, zmywaniem naczyń czy obserwacją wzrastania ogrodu.

W „Przystani Eskulapa” Niziurskiego tropienie zbrodniarzy odbywa się mimochodem, na marginesie problemów dnia powszedniego, w błogim bezpieczeństwa, bo co ma być, to będzie, a zagadka prędzej czy później jakoś się rozwiąże. Akcja „Przystani” toczy się w latach pięćdziesiątych, a tło obyczajowe mówi tyleż o rzeczywistości, co o ówczesnych sposobach jej obrazowania. Zagrożony niezrozumiałym zamachem profesor Mistral, całym sercem oddany medycynie uczony, żyje w ubóstwie niczym franciszkanin – absolutnie nic nie ma, bo ten samochód, ten dom, to wszystko, co użytkuje, to przecież nie jego, tylko państwowe. Władza ludowa już pracuje nad awansem mas, i choć znać jeszcze dawne podziały społeczne, choć gospodyni nazywa się Macioszkowa, a element o niepewnym pochodzeniu ma na nazwisko z cudzoziemska Stor, to stróże prawa, sól tej ziemi, zwą się już słusznie Trepka, Żurko i Dziarmaga, a biedna sierotka, choć nie udaje jej się zrobić kariery stricte naukowej, o własnych siłach znajduje pracę w instytucie badawczym jako laborantka. Kobiety, choć już odnoszą sukcesy w naukach ścisłych, wciąż jeszcze pastelowymi sukniami przyozdabiają wiosnę i mącą w głowie porucznikowi Dziarmadze. Krótko mówiąc: nowe przenika się ze starym, a niepowtarzalna atmosfera trudu i optymizmu powojnia nieskażona jest jeszcze dydaktyczną socjalistyczną sztampą. Nade wszystko jednak dają o sobie znać powojenne kłopoty z aprowizacją, co rodzi zaskakujące z dzisiejszej perspektywy trudności, ale i szanse. Oto milicja, zabezpieczając na miejscu przestępstwa kieliszek, w którym być może podano truciznę, musi spacyfikować protesty gospodyni, której brakuje zastawy. Oto postronna osoba, natknąwszy się na trefny rękopis, błyskawicznie się go pozbywa, nie może się jednak oprzeć, by z plastikowej okładki nie wyciąć sobie wkładek do butów, dzięki czemu milicja podejmuje rwący się trop. To były czasy!

„Szantaż w wodociągach”, opowiadanie drukowane w odcinkach w prasie, również pochodzi z lat pięćdziesiątych, ale realia oddaje kreską dużo ostrzej parodystyczną. I tu powojenna nędza różne ma oblicza. Z jednej strony na rynku takie braki, że szemrana ludność kradnie z ruin zlew w celu zainstalowania sobie w willi. Z drugiej strony, szeregowy pracownik miejskich wodociągów, zmuszony oddawać szantażyście połowę pensji, utrzymuje żonę i dzieci z takim trudem, że aż żona decyduje się... nie to, żeby zaraz iść do pracy, ale podjąć się chałupniczo paru zleceń. Z trzeciej, złodzieja poznać po tym, że jak się utuczy szynką, to aż mu się kołnierzyk nie dopina. Niestety, rozwiązanie zagadki od początku oczywiste.

***

– [...] Praca w ogrodzie wpływa wybitnie korzystnie na układ krążenia, Pawełku.
– Jak to, a śledztwo?
Trepka otarł łysinę ruchem spracowanego wieśniaka.
– Czyż nie mamy naszego dzielnego przyjaciela Żurki?
– Jak mam to rozumieć? Spuściliście się więc całkiem na Żurkę?
– Przyjacielu, czy naprawdę warto sobie szarpać nerwy z powodu tego plugawego morderstwa? [...]
– Wydaje mi się – zauważyłem głośno – że [...] zobowiązaliśmy się niejako moralnie do ścigania [...] mordercy.
– W zasadzie masz rację, Pawełku.
– Dlaczego więc nie zajmiecie się w sposób zdecydowany tą sprawą, kapitanie, i, pozwólcie to powiedzieć, trwonicie swój cenny czas i zdolności na sadzenie kapusty?1

*

– [...] Za granicą mogli się podać za [...] naukowców z instytutu hematologicznego. Nie wiem, czy by się to udało. W najgorszym razie pozostawało im jedno wyjście: sprzedaż pracy [naukowej]. Są kraje, gdzie odkrycie naukowe jest towarem. Można je sprzedać i kupić.2




Ocena: 4/6


1 Niziurski Edmund, Przystań Eskulapa; Szantaż w wodociągach. Łomianki 2010, s. 118n.
2 Tamże, s. 241.

sobota, 15 grudnia 2012

Manuela Gretkowska, „My zdies' emigranty” (2)


Mieszkanie nasze oprócz wielu mysich dziur kryło przed nami także inne tajemnice. Wiedzieliśmy o grzybie, który zimą zalągł się w łazience pozbawionej sufitu. Wiosną grzyb zaróżowił się, spurpurowiał i pięknie rozplenił. Latem, rozgrzany słońcem, jakby zmarniał i zapyział, ale było to pozorne zanikanie flory w naszej łazience. Po odpadnięciu od ściany umywalki (sama odpadła pewnej nocy) zobaczyliśmy, że kryła za sobą wspaniały zielony mech, ładniejszy nawet od dziko rosnącego w lesie. W tym samym czasie nasiliły się mysie galopady. Kupiliśmy łapki, truciznę, maszynę emitującą ultradźwięki zabójcze dla gryzoni, naftalinę – podobno myszy nie znoszą jej zapachu. Niestety gryzoniom naftalina zupełnie nie przeszkadzała. Maszyna robiła regularne bip bip i myszy harcowały w takt tej mysiej dyskoteki, mech przytulnie szumiał, grzyb pęczniał.

Zauważyłam, że u sąsiada, naprzeciwko, myszy wygryzły w drzwiach olbrzymią dziurę. Zapukałam do niego, żeby się dowiedzieć, jak je tępi. Otworzył uśmiechnięty Chińczyk.
– Jaka myszy? Jaka myszy? U mnie nie być żadna myszy – uprzejmie poinformował.

Opowiedziałam wieczorem Cezaremu o rozmowie z Chińczykiem. Cezary nie wnikał w to, czy sąsiad hoduje myszy w celach kulinarnych, czy też cierpi na niedowład wzroku i słuchu. Zadecydował przeprowadzkę. Na razie do mieszkania znajomych wyjeżdżających na wakacje, a potem zobaczymy.




Gretkowska Manuela, My zdies' emigranty. Warszawa 2007, s. 129n.

piątek, 14 grudnia 2012

Manuela Gretkowska, „My zdies' emigranty”


6 października

Nareszcie po roku tułaczki po hotelach, przytułkach, zamęczania znajomych i przyjaciół naszą obecnością mamy z Cezarym nasze własne mieszkanie. Od przyjazdu do Francji spaliśmy w różnych miejscach: w przedsionku kasy oszczędnościowej otwieranej dla nas nocą przez dozorcę lubiącego młodzież; w szafie zakonu dominikanów; w starym parku, który o świcie okazał się zapuszczonym cmentarzem. Zawsze mówiłam, że ktoś przeklął dach nad moją głową, ale teraz koniec klątwy i włóczenia się – własne studio z dwoma dużymi oknami, drewnianą podłogą, łazienką, malowniczymi łukami oddzielającymi kuchnię od pokoju. Całe to cudo jest tuż przy placu Nation, na ulicy o śmiesznej nazwie Rendez-Vous.

8 października

Dwa dni przed naszym wprowadzeniem zawalił się sufit w łazience. Ktoś jednak przeklął dach nad moją głową. Pierwsza noc w nowym mieszkaniu i już impreza światło-dźwięk. Gdy wyłączyliśmy lampę i położyliśmy się zmęczeni przeprowadzką, zobaczyliśmy tuż nad naszymi głowami świecące dziury. Nie mogły to być gwiazdy, nie mieszkaliśmy przecież na poddaszu. Jednak świecące punktu układały się najwyraźniej w konstelacje Oriona i Wielkiej Niedźwiedzicy. Zapaliliśmy światło i obejrzeliśmy sufit. Na deskach przyklejono niewidoczne w dzień kawałki czegoś fosforyzującego, w ciemnościach znakomicie udającego gwiazdy.

O czwartej obudził nas tupot i pisk. Nie można było mieć wątpliwości – myszy. Mój dzielny mąż uzbrojony w szczotkę wyruszył na polowanie. Myszy polskie wystarczyło postraszyć stukaniem i miało się spokój do rana. Myszy paryskie, nieco mniejsze, były bardziej bezczelne. Włączone radio, światło dodawały im odwagi i zachęcały do harców, galopad. Siedząc na łóżku, zawinięta w koc odważyłam się wyjrzeć na pole bitwy i w tym momencie jedna z myszy zaczęła szarżować w moją stronę. Nie było innego wyjścia, jak użyć gazu łzawiącego. Myszy mają chyba zbyt małe oczy, by zareagować na gaz, więc szare stworzenie przebiegło niczym nie spłoszone przez moje łóżko i zaczęło nową rundę wokół mieszkania. Załzawieni, pokonani musieliśmy wyjść z domu. Doszliśmy do placu Bastylii, placu, o którym, jeszcze wiele lat przed rewolucją, hrabia Cagliostro powiedział, że będzie należał do ludu i – rzeczywiście, na wszystkich prawie ławkach spali kloszardzi. Poszukaliśmy wolnej ławki i położyliśmy się, my, właściciele studia za 2000 franków miesięcznie.




Gretkowska Manuela, My zdies' emigranty. Warszawa 2007, s. 53nn.

sobota, 8 grudnia 2012

Backlash

Ona jest mężczyzną.







sobota, 1 grudnia 2012

Olgierd Dudek, „Króliczek” (6)


Od dawna już wiadomo, że praca jest jedną z najmniej cenionych wartości. Wiedzieli o tym egipscy robotnicy budujący piramidy, Chińczycy pracujący przy wznoszeniu wielkiego muru i niewolnicy pracujący w rzymskich termach. Na przestrzeni wieków nic nie ulegało zmianie, poza nazwami ustrojów i formami organizacji. Tylko władza i zdolność do narzucania innym własnego zdania decydowały o wysokości zajmowanego szczebla na drabinie statusu społecznego. O Aleksandrze Wielkim czy Napoleonie uczy się w każdej szkole. Zapomina się jednak już o milionach chłopów żywiących armie wielkich wodzów. Nawet w obecnych, oświeconych i najsprawiedliwszych z możliwych, czasach eksponowane i dobrze płatne pozycje społeczne zajmują ludzie o zdolnościach Timura, Saladyna albo Cezara.




Dudek Olgierd, Króliczek. Poznań 2006, s. 225.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...