sobota, 11 maja 2013

Jaś Kapela, „Stosunek seksualny nie istnieje”


Wojtek uważa, że przy jego powstaniu coś zostało konkretnie zjebane. Producenci jego egzystencji zupełnie nie znali się na swojej robocie, albo może, kiedy zachodziła mitoza i mejoza, coś się musiało nie udać. Komórki źle się podzieliły i wyszła podróbka. Głównie chodzi mu o dysproporcję między jego wewnętrznymi zapatrywaniami i ambicjami, a zewnętrznym wyglądem, który nijak nie dorasta do tych pierwszych i zupełnie ich nie reprezentuje.




Kapela Jaś, Stosunek seksualny nie istnieje. Warszawa 2008, s. 13.

piątek, 10 maja 2013

„Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”, reż. Andrew Dominik


Ktoś, kto lubi długie a rzewne ballady o whisky, wiernych kompanach i złym losie, co się uwziął, dostrzeże być może w tej historii coś, czego ja w niej nie widzę. Życie i śmierć Jesse'ego Jamesa to cząstka historii Ameryki, film miał więc nawiązywać klimatem do westernu, bardziej jednak przywodzi na myśl bieszczadzko-irlandzką lirykę biesiadną – coś jakby ballada o dobrym bandycie, który zabił siedemnaście osób, czym się wsławił, i jego zabójcy, który miał feler, więc go nie lubimy. Oczywiście miał tu być namysł nad przyjaźnią, ambicją, zdradą i pomstą, ale taki to właśnie namysł, jaki można znaleźć w pijackiej poezji śpiewanej. Film mocny grą Casey Afflecka (na plakacie to ten w tle, najwyraźniej niegodzien by zawadzać Bradowi), bo poza tym ani tu głębi postaci, ani studium relacji międzyludzkich, a historia żadna. Affleck (nominacja do Oscara za rolę drugoplanową – drugoplanową, dobre sobie) nadał Robertowi Fordowi to subtelne bogactwo osobowości ludzi schwytanych w pułapkę przez własne kompleksy, a poprowadził jego postać tak dyskretnie i przemyślanie, że ściąga całą uwagę i dosłownie zapiera dech – żeby tylko nic nie uronić. Reszta w porządku – dobry Sam Rockwell dla fanów Rockwella, dobry Jeremy Renner dla fanów Rennera, w tle zmęczona Mary-Louise Parker dla fanów „Trawki”. Na pierwszym planie wielka dziura w miejsce Brada Pitta, w duecie z Affleckiem – smutne nieporozumienie. Niezapomniane zdjęcia – zboże, niebo, śnieg niemal równie mocne jak Affleck.




Ocena: 4/6

czwartek, 9 maja 2013

Etgar Keret, „Pizzeria »Kamikaze«”

Etgar Keret był parę lat temu modny prawie jak Haruki Murakami, ale niejedyny to powód, by Kereta z Murakamim kojarzyć – łączy ich jakiś szczególny klimat na wpół oswojonej dziwności świata, dziwności, która nie uderza obuchem, ale uporczywie sączy się szczelinami w szwach rzeczywistości. Z Keretem jednak problem taki, że cały czas czegoś brakuje. Owszem, są u niego pamiętne motywy, metafizyczna konstrukcja z rur, wypluwająca śmiałków w zaświatach, budzi grozę i tęsknotę zarazem, a tajny agent krasnoludek boli przez całe życie – ale jest też jakaś łatwizna pustki. Może to ukochana forma opowiadania tak go ogranicza? Może rozwinie skrzydła w powieści? Króciutka powieść „Pizzeria »Kamikaze«”, która miała mi przynieść odpowiedź, przyniosła rozczarowanie. Wydawcy Kereta nie szanują czytelnika, rzekoma powieść jest opowiadaniem, a cieniutka książeczka byłaby jeszcze cieńsza gdyby nie garść innych opowiadań, znanych niestety z innych zbiorów. (Gwoli sprawiedliwości, „Pizzeria »Kamikaze«” to jedna z pierwszych, jeśli nie pierwsza, książka Kereta wydana po polsku). To tasowanie Kereta i wypuszczanie jego opowiadań w świat w nowych konfiguracjach wciąż mnie zresztą dziwi – jeśli recycling co efektowniejszych utworów ma osłodzić te mniej udane, to nie, nie osładza. „Pizzeria” to akurat Keret słabszy, opowiadanie najzwyczajniej się rozłazi. Poza tym – bez zaskoczenia, bez konkluzji. Jak zawsze jest tu mglista obietnica, która gdzieś po drodze wyparowuje. Jak u Murakamiego, tylko magii mniej. A dzięki chybionym pomysłom wydawniczym – niedosyt jak nigdy.

***

Wczorajsze wyjście było naprawdę przybijające, bo Ari przyprowadził ze sobą swojego kumpla Kurta. Ari go podziwia, bo był liderem „Nirvany” itp., ale tak naprawdę to straszny beton. Nie żebym ja był tu bardzo szczęśliwy, ale on cały czas się skarży, i kiedy już raz zacznie, nie ma szans, żeby mu przerwać. Każde słowo przypomina mu jakąś piosenkę, którą kiedyś napisał, i zawsze musi ci ją wyrecytować, żebyś się zachwycał, a czasami potrafi nawet przysunąć się do barmana i poprosić, żeby jakąś puścił, i wtedy naprawdę nie wiesz, gdzie się schować. Nie tylko ja – wszyscy inni poza Arim też go nie znoszą. Myślę, że coś w tym jest. Kiedy umierasz, przy tym całym bólu – OK, nie macie pojęcia, jak to boli – ostatnia rzecz, która robi na tobie wrażenie, to ktoś, kto cały czas śpiewa, jak mu jest źle. Gdyby takie rzeczy ruszały cię, kurna, chociaż trochę, zamiast wylądować tutaj byłbyś jeszcze żywy, z depresyjnym plakatem Nicka Cave'a nad łóżkiem.1




Ocena: 3/6


1 Keret Etgar, „Pizzeria »Kamikaze«”. W: Pizzeria „Kamikaze”. Tłum. Jakub Kakietek. Izabelin 2001, s. 8n.

środa, 8 maja 2013

„Niepamięć”, reż. Joseph Kosinski


Rozczarowanie, ale rozczarowanie zaskakujące. „Niepamięć” Kosinskiego to kawałek porządnej, poprawnej fantastyki – tak poprawnej, że kompletnie nie ma na czym zawiesić krytyki czy zachwytu. Futuryzm lub nibylandia, apokalipsa i dystopia, refleksja nad tożsamością i człowieczeństwem, tajemnica, strzelanka. Ładne widoczki w tej dystopii mają, i z okna, i wnętrza, apartamenty a la awangarda XX wieku, ciekawe po ile za metr. Tom Cruise coraz mniej przekonujący w roli trzydziestoparolatka, mimo wysiłków własnych i ekipy z coraz większym trudem ukrywający brzuszek i drugi podbródek. Jakaś ruda, zero chemii między nimi (fabularnie zasadne, ale), jakaś czarna – w tej roli Olga Kurylenko, której nawet nie rozpoznałam, jakaś wiedźma (haczykowaty nos!) na monitorku w bazie. Na koniec Morgan Freeman, happy end i do domu.




Ocena: 4/6

sobota, 27 kwietnia 2013

James Joyce, „Dubliners”

That's what the woman we had in to wash him said. She said he just looked as if he was asleep, he looked that peaceful and resigned. No one would think he'd make such a beautiful corpse.




Joyce James, „The Sisters”. W: Dubliners. London 2011, s. 7.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Joanna Szymczyk, „Ewa i złoty kot”


Bohaterka ma przyjaciółkę, kumpla i kota. Dziewczyna, mimo że głupia jak but, w zawodzie kreatywnym robi karierę aż furczy i z tego tylko powodu nie może ukończyć żadnego z dwóch kierunków świadczących o jej bogatym wnętrzu (historia sztuki i stosunki międzynarodowe), które w niczym poza tym się nie przejawia (myślenia historycznego, artystycznego czy politologicznego też zresztą ani śladu). Rodzinę ma taką, że nikt takiej nie ma, poliglotką została mimowolnie („a że kończyła klasę biologiczno-chemiczną z obowiązkową łaciną, potrafiła od biedy dogadać się po włosku”1), w jej świecie wszyscy porządni ludzie mają nazwiska kończące się na -ski, a przaśni cwaniacy noszą nazwisko Papuch i dłubią w nosie... Mówić dalej?

Wizja świata jak z gazet, miłość jak z Bridget Jones, język jak z Chmielewskiej. Parę trupów, plątanina wątków. „Ewa i złoty kot” Joanny Szymczyk byłby więc typowym babskim kryminałem humorystycznym, i może nawet jest w tej kategorii niezły, ale – czy to ostatnich parę lat przestroiło mnie na skandynawskie smęty, czy to już dość mam klonów Chmielewskiej, czy to jednak autorka popełniła jakiś błąd w sztuce – coś nie poszło. I to nawet mimo że bzdurki fabularne da się wziąć w nawias. Żarło, żarło, i zdechło, jakoś w połowie doznałam nagłego odpływu zainteresowania, książka poszła w kąt, skończyłam po paru miesiącach, z obowiązku raczej. Minęło szybko, źle nie było, ale zostało mi wrażenie, że to lektura niekonieczna.




Ocena: ze względu na ambiwalencję ocenę punktową sobie daruję


1 Szymczyk Joanna, Ewa i złoty kot. Warszawa 2004, s. 229.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Juan Ramón Jiménez, „Poezje”


Nie znając Jiméneza, trudno wyrobić sobie o nim zdanie na podstawie tego tomu. „Poezje” wydane przez Wydawnictwo Anagram to antologia przekładów autorstwa różnych tłumaczy i pierwsze, co rzuca się w oczy, to że wyniki ich pracy są bardzo nierówne. Ckliwe, sentymentalne wierszyki o przyrodzie mieszają się tu z poezją intrygującą i świeżą, i trudno zgadnąć, czy tom zawdzięcza tłumaczom tony czyste, czy nuty landszafcikowe – czy też jedne i drugie wydał z siebie sam autor. Nie jest to niemożliwe, skoro książka stanowi przegląd utworów z całej twórczości Jiméneza, co prawdopodobnie miało dać pełniejsze wyobrażenie talentu noblisty, jednakże zaowocowało lekkim chaosem. Nie pomogło pewnie również to, że redaktor tomu i uznany tłumacz Jiméneza, Janusz Strasburger, zmarł w roku 2000, dwa lata przed ukazaniem się „Poezji”. Autorstwa Strasburgera jest też przekład zamykającego tom, symbolicznego objętościowo wyboru urokliwej prozy poetyckiej Jiméneza, m.in. z cyklu „Srebrzynek i ja”.

***

– Więc naprawdę woli pan zobaczyć dom Whitmana niż Roosevelta? Nigdy mnie o nic podobnego nie proszono...!

...Jest to mały, żółty dom przy kolei – jak gdyby domek zwrotniczego – na zielonej łączce otoczonej pobielonym murem z kamyków, pod jednym tylko drzewem. Dokoła bezkresna równina wystawiona na podmuchy wiatru, który zamiata ją i nas miecie, oczyszczając szorstki i skromny marmur, co mówi pociągom:

TO MARK THE BIRTHPLACE OF
WALT WHITMAN
THE GOOD GRAY POET
BORN MAY, 31 – 1819
ERECTED BY THE COLONIAL SOCIETY
OF HUNTINGTON IN 1905

Ponieważ nic nie zdradza bytności farmera, krążę dokoła domu, pragnąc coś dostrzec przez wąskie okienka... Wtem wysoki mężczyzna, powolny i brodaty, w koszuli i czarnym kapeluszu, niby młodzieńczy portret samego poety, wyłania się – lecz skądże? – i oznajmia mi wsparty na drągu żelaznym, że nie wie, kto to Whitman, ale on jest Polakiem, dom należy do niego i nie zamierza pokazać wnętrza komukolwiek. Schyliwszy kark następnie, przeciska się do środka przez małe drzwiczki dziecinnej zabawki.




Ocena: 4/6


Jiménez Juan Ramón, „Walt Whitman”. W: Poezje. Tłum. Janusz Strasburger. Warszawa 2002, s. 111n.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...