czwartek, 16 kwietnia 2015

Sébastien Japrisot, „Żegnaj, przyjacielu”

Nic tak ludzi nie zbliża, jak wspólne padnięcie ofiarą zdrady. Zwłaszcza gdy zdradza kobieta, a ofiarą padają mężczyźni połączeni wzajemną wrogością. Cała ta namiętność musi znaleźć ujście i najwyraźniej niemal automatycznie przedzierzga się w bezrozumną lojalność, czy może nawet przyjaźń, podbudowaną poczuciem zagrożenia i krzywdy. Taką przynajmniej opowieść snuje Sébastien Japrisot w „Żegnaj, przyjacielu”, utworku w klimacie noir – Francja lat 60. to jeszcze nie czas i nie miejsce na kryminalne epopeje wypełnione wnikaniem w nieudane dzieciństwo bohatera i opisami jego wizyt w pralni, gdzie gubi ciepłe skarpety. Japrisot szkicuje Paryż i Marsylię wręcz karykaturalnie ostrą kreską, przy pomocy skrótów takich jak whisky, rewolwer, kobieta w płaszczu z lamparta czy obóz pełen żołnierzy wracających z wojny. Jak na powieść, za którą uznał ten tekst polski wydawca, lektura to dość męcząca, ale jeśli potraktować go jak scenariusz, którym chyba był wyjściowo, bez trudu można zobaczyć w dziełku potencjał.




Ocena: 3/6

środa, 15 kwietnia 2015

Sławomir Mrożek, „Moje ukochane Beznóżki” (4)

[D]ali, co mogli, zainkasowali, ile mogli, potem zwinęli namioty, rozebrali budy i oddalili się w nieznanym, ale obojętnym kierunku. Niesłusznie więc czułem się zaskoczony. Nie wziąłem widać pod uwagę, że to nie wieczność miałem do dyspozycji, ale czas, czas wyznaczony, w którym należało zrobić, co do mnie należało.

Nie wiedziałem, co we mnie było wyraźniejsze: czy ulga, że wszystko przepadło, czy rozpacz z tego samego powodu.




Sławomir Mrożek, „Moje ukochane Beznóżki”. W: Trzy dłuższe historie. Warszawa 2012, s. 90.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Andrea Camilleri, „Ślad na piasku”

Trzeba będzie przywyknąć do nowego Montalbana, tak jak on będzie musiał przywyknąć do okularów. Choć cały czas mam nadzieję, że ze starczego zgorzknienia, pogłębiającego się z tomu na tom, wyłoni się nowa jakość, skoro już nie może wrócić stara. „Ślad na piasku” Camilleriego, dwunasta powieść w cyklu o komisarzu z Vigaty, przynosi dalszy ciąg kryzysu w jego życiu i umiarkowanie wciągającą intrygę w tle. Główną ofiarą jest, wyjątkowo, koń – ale koń to nie byle jaki, koń z wyższych sfer, rzec można, nic więc dziwnego, że sprawa jest delikatna. I nie dość, że leży w poprzek kompetencji dwóch różnych komisariatów, to jeszcze wplątana jest w nią piękna, wysoko postawiona kobieta. Montalbano ląduje na arystokratycznym przyjęciu, gdzie serwuje się żrącą zupę i nieświeże cefale, następnie ląduje na sianie – nie sam, rzecz jasna – a w międzyczasie usiłuje się zorientować, kto obrał sobie jego dom w Marinelli za przedmiot cyklicznych napadów. Dialogi komisarza z samym sobą, obecne już wcześniej, robią się coraz mniej zabawne, a coraz bardziej upiorne – już nie tylko dwóch Montalbanów dyskutuje w jednej głowie, ale pojawia się jeszcze trzeci, który ich słucha i obserwuje. Do tego komisarza nękają przedziwne sny, zapewne nie bez związku z pochłanianiem hurtowych ilości smażonej soli i kopców caponaty. Kiedy w końcu pojawia się trup człowieka, sytuacja robi się naprawdę krytyczna – a Montalbano, by wyjść z niej obronną ręką, bez mrugnięcia okiem przekracza kolejną granicę.




Ocena: 4/6

niedziela, 12 kwietnia 2015

Sławomir Mrożek, „Moje ukochane Beznóżki” (3)

Co jakiś czas, po zakończeniu serii skomplikowanych przygotowań, wydawało mi się, że osiągnąłem jedność i gotowość dyspozycji. Zwieńczałem wolę nieodwołalnym postanowieniem i udawałem się na miejsce próby. Ale tu ostateczność momentu, jego „gęstość”, „daność”, „takość-a-nie-inność” przerażała mnie. Między zamiarem a wykonaniem nie widziałem żadnego przejścia, połączenia, najmniejszej nawet odległości, w której zmieściłoby się coś pośredniego.




Sławomir Mrożek, „Moje ukochane Beznóżki”. W: Trzy dłuższe historie. Warszawa 2012, s. 85.

sobota, 11 kwietnia 2015

Sławomir Mrożek, „Moje ukochane Beznóżki” (2)

Hierarchię uznawałem tylko, dopóki służyła do wyznaczenia najwyższego szczebla. Potem rusztowanie znikało, zostawiając tylko wierzchołek, który tym samym, przestając być wierzchołkiem, stawał się rzeczą najdoskonalej zbliżoną do tego, czym ta rzecz – i wszystkie inne egzemplarze tej rzeczy, z których poprzednio była zbudowana piramida – powinna być naprawdę, czyli do swojej właściwej natury.




Sławomir Mrożek, „Moje ukochane Beznóżki”. W: Trzy dłuższe historie. Warszawa 2012, s. 81.

piątek, 10 kwietnia 2015

Sławomir Mrożek, „Moje ukochane Beznóżki”

Mając tak wiele do stracenia, zwlekałem. Moje pożądanie zwycięstwa było wielkie, ale jeszcze większa obawa przegranej. Z tego wynika, że jednak mogłem jako tako wciąż żyć bez zwycięstwa, ale nie mógłbym żyć w klęsce. Dopóki nie dokonała się klęska, zwycięstwo zawsze było możliwe, pod warunkiem żeby tego nie sprawdzać. Więc może i zaszczytne dla mnie, że ja na klęskę zgodzić się nie mogę, a oni mogą? Ja orzeł, oni niewolnicy. Odrzućmy jednak takie wyjaśnienie, ponieważ dyktuje je pycha. Rzecz w tym po prostu, co dla mnie byłoby klęską: wszystko, co by nie było absolutnym zwycięstwem. Więc, mały totalista, samotny wśród umiarkowanych, stałem na uboczu, podczas kiedy moi koledzy już poddawali się próbie.




Sławomir Mrożek, „Moje ukochane Beznóżki”. W: Trzy dłuższe historie. Warszawa 2012, s. 75.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Sébastien Japrisot, „Kopciuszek w potrzasku”

Po czym poznać człowieka? Po czym poznajesz człowieka, którego znasz najlepiej na świecie, czyli samego siebie? Czy jeśli pewnego dnia stracisz pamięć, a nikt nie będzie mógł cię rozpoznać, będziesz w stanie spośród alternatywnych życiorysów wybrać swój własny? Palisz? Jak trzymasz papierosa? Jak kształtują cię oczekiwania innych ludzi? Jesteś typem mordercy czy ofiary?

Tak, mógłby to być drugorzędny dreszczowiec, zwłaszcza gdyby autor poszedł w mętne psychologizowanie. Zamiast tego Sébastien Japrisot zbudował zagadkę logiczną – jego „Kopciuszek w potrzasku” to pełna przewrotnego poczucia humoru opowieść o (re)konstruowaniu własnej tożsamości w wolności od form nadanych z zewnątrz. A kiedy nie ma Ja, nie ma wyróżnionego układu odniesienia – te puzzle można układać wciąż na nowo, i żadna wersja nie jest lepsza od pozostałych. Jedyny pewnik to trup. A skoro jest ofiara, to musi (czy musi?) być i sprawca. A skoro jest zabójca, to musi (czy musi?) być i motyw. I tak po nitce do kłębka dochodzimy do bezwzględnej walki o względy starszej pani i spadek – ale co naprawdę się stało, aż do końca nie wiemy. I może niepotrzebnie autor dokłada epilog, w którym na miejsce wskakuje ostatni element i nagle wszystko staje się jasne, a obrazek składa się w zbyt jednoznaczną całość.

***

Zapaliłam papierosa, którego nie mogłam znieść i którego od razu zgasiłam na talerzu. Pomyślałam, że opowiedziana w inny sposób historia ta nie wydawałaby mi się tak brzydka i być może rozpoznałabym się w niej. Nic nie jest prawdziwe, kiedy się patrzy z zewnątrz. Lecz kto może wiedzieć, co ta mała idiotka miała w sercu, jeśli nie ja? Kiedy odzyskam wspomnienia, będą to zapewne te same wydarzenia, lecz nie będzie to już ta sama piosenka.1

*

To także było komiczne. Od trzech miesięcy nie przestawałam szukać, węszyć. Prowadziłam dochodzenie jak ten dzielny mały agent ubezpieczeniowy, ale znalazłam więcej niż on: w tej sprawie, która go tak bardzo pasjonowała, zawsze napotykało się tylko mnie. Byłam śledczym, zabójczynią, ofiarą, świadkiem, wszystkim razem. Ani dziś, ani jutro, ani nigdy nikt nie odkryje tego, co rzeczywiście zaszło, a tylko małego bonzę o krótkich włosach.2




Ocena: 4/6


1 Sébastien Japrisot, Kopciuszek w potrzasku. Tłum. Maria Wójcikiewicz. Toruń 2003, s. 54.
2 Tamże, s. 145.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...