sobota, 20 marca 2010

Andrzej Łapicki, „Rekwizytornia” (3)

Wspomnę więc tych, którzy przewinęli się przez moją dziecięcą wyobraźnię i z którymi los zetknął mnie potem na scenie.

Przede wszystkim Węgrzyn.

Szedłem z Mamą ulicą Trębacką, gdy do wejścia za kulisy Teatru Narodowego, a i PIST-u, podjechała taksówka, wysiadł z niej szpakowaty pan o niezwykle szlachetnej, nerwowej twarzy i smutnych oczach, w szarym garniturze. Węgrzyn! – szepnęła Mama i stanęła jak wryta, ściskając mnie za rękę. Znałem go już i z teatru, i z filmu. Serce mi zabiło. Dwie pensjonarki podbiegły, wręczyły mu bukiecik fiołków i poprosiły o autograf. Węgrzyn szybko podpisał albumiki, omiótł Mamę i mnie niewidzącym wzrokiem i zniknął w bramie teatru. Nie podejrzewał, że już za jakieś 12 lat, po drugiej stronie placu Piłsudskiego, czyli Zwycięstwa, będzie mnie pouczał swym niezwykłym głosem: „Wiesz, jak wejdę, zrób pauzę w swoim monologu, po co mają ci go psuć brawami”. Zdarzało mi się, co prawda, czasem czekać bezskutecznie. To już było po tym, jak wypiliśmy „na ty”, kiedy to po którejś wódce zaproponował mi bruderszaft. Niebo ze szczęścia spadło mi na głowę. Najpierw rytualna przeplatanka, wypicie, pocałunek i usłyszałem aksamitny głos: „Józek. Możesz mi mówić: mistrzu”. I tak zostało.

Graliśmy wtedy Ladacznicę z zasadami Sartre'a. Obserwowałem z najbliższej odległości jego wejścia na scenę, profilem, jak na egipskich reliefach, mrużenie oczu przez pół aktu, by je nagle otworzyć w świetle reflektora, byłem świadkiem i uczestnikiem niezwykłej magiczności jego gry. Ale byłem świadkiem również niezwykłych popisów w garderobie, kiedy Mistrz był w dobrym humorze. Mimicznie ukazane perypetie finiszującego na torze na Dynasach kolarza, który jednocześnie zerka w stronę narzeczonej na trybunach, czy przygody pijaka, któremu na przyjęciu nie udaje się wziąć kanapki z tacy obnoszonej przez kelnera, czy emocje gracza na ulubionych wyścigach konnych – to arcydzieła humoru i doskonałości aktorskiej, z którą nie mogłyby się równać umowności arlekinady Marceau czy Barraulta.

Wszystko to przepadło, zostało chyba tylko w mojej pamięci. Tak jak tylko w pamięci tych, którzy go widzieli, zostanie błysk oka czy nagły zwrot głowy, niepowtarzalny jak dźwięk jego głosu. Odprowadzałem go kiedyś późno do domu, skarżył mi się bolesną skargą Króla Leara: „Wiesz, boję się... w nocy, jak jestem sam, zjawiają mi się lwy”.

A jakież inne zwierzę byłoby godne, by zjawić się Węgrzynowi, gdy udręczony zapadał w niespokojną drzemkę swych ostatnich, smutnych nocy.1

*

Osterwę zjechałem od ostatnich w recenzji, którą pisałem z Fircyka dla szkolnego pisma. Miałem lat nie więcej niż czternaście i wydało mi się rzeczą niestosowną, aby starszy pan z brzuszkiem grał amanta. Niepomny swych własnych poglądów, sam popełniam te błędy dzisiaj.2






1 Andrzej Łapicki, „Wielcy aktorzy, których pamiętam”. W: Rekwizytornia. Izabelin 2004, s. 88n.
2 Tamże, s. 89.

2 komentarze:

Perypatetyk pisze...

„Józek. Możesz mi mówić: mistrzu”
hahaha!!

Marigolden pisze...

;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...