czwartek, 23 października 2008

Fernando Pessoa, „Księga niepokoju napisana przez Bernarda Soaresa”

Na tle gęstniejącego w czerń pruskiego błękitu łagodne zdjęcie w sepii: niepozorny urzędnik z teczką pod pachą pośpiesznie przemierza mozaikowy trotuar. To okładka1. W środku – jasne obrazy ze słowa. Dziennik Bernarda Soaresa2, młodszego księgowego o duszy poety i filozofa.

„Księga niepokoju” to jedna z tych książek, którym każdy zachwyt uwłacza trywialnością. Samo pisanie o niej wydaje się profanacją, pochwała – znieważa.

W zapiskach Soaresa jest coś solipsystycznego. Rzeczywistość przegląda się w jego myślach jak w szklanej bombce – omywa je kształtami i barwą, nie mogąc się w nich odcisnąć. Jego ja pozostaje odosobnione, zwrócone ku sobie. Nie ma dostępu do świata, tak jak świat nie ma dostępu do niego. Czy raczej: nie ma świata poza tym, do czego ja ma dostęp. Światem jest tęsknota, smutek, wyobcowanie i cisza. Krążąc po lizbońskich ulicach i placach targowych, przypatrując się przechodniom i kolegom z biura, Soares kluczy po zaułkach własnej świadomości. Wobec wszystkiego, co w tych wędrówkach napotyka, nawet wobec siebie, jest tak samo odległy, odrębny, bezradny. Lizbona przesącza się przez jego wyobraźnię smugą miejskich impresji, zostawiając swój ślad – piękno.

To nie jest książka do przeczytania jednym haustem. Jeśli próbuje się w nią wtargnąć zbyt gwałtownie – odrzuca, nie przyjmuje w siebie. Stawia opór obcym myślom. Pod niecierpliwym spojrzeniem słowa rażą manierycznością, ich czar obraca się w banał. Trzeba je oswajać dzień po dniu. Wtedy zaczynają odurzać.

***

Widziane od wschodu, miasto wznosi się prawie pionowo, nieruchomo atakując Zamek. Blade słońce zwilża niepewną aureolą tę masę domów, które go zasłaniają. Niebo jest błękitne, powleczone lekką wilgotną bielą. Wczorajszy deszcz może powtórzyć się dzisiaj, lecz już słabszy. Wiatr wydaje się wschodni, może dlatego, że z nagła dochodzi tu lekki zapach dojrzałych jarzyn z pobliskiego targowiska. Na wschodniej stronie placu jest więcej cudzoziemców niż na zachodniej. Jak łagodne wystrzały drzwiczki się zamykają i oni idą ku górze. Nie wiem, dlaczego takim zdaniem określiłem ten dźwięk. Może dlatego, że taki sam słychać, gdy schodzą. Wszystko daje się wyjaśnić.

Nagle jestem sam na świecie. Widzę to wszystko z duchowego dachu. Jestem sam na świecie. Widzieć to być daleko. Widzieć jasno to zatrzymywać się. Analizować to być cudzoziemcem. Wszyscy ludzie przechodzą, nie ocierając się o mnie. Wokół mam tylko powietrze. Czuję się tak wyizolowany, że czuję dystans między mną a moim ubraniem. Jestem dzieckiem ze słabo palącą się świecą, które w nocnej koszuli przechodzi przez wielki pusty dom. Żyją cienie, które mnie otaczają – tylko cienie, córki rzeczy zmarłych i światła, które mi towarzyszy. Otaczają mnie tutaj w słońcu, ale nie są ludźmi.3

*

Niekiedy myślę ze smutnym zadowoleniem, że pewnego dnia, w przyszłości, do której już nie będę należał, te zdania, które piszę, zachowają się i będą chwalone, zyskam wreszcie ludzi, którzy mnie „zrozumieją”, moich bliskich, prawdziwą rodzinę, by w niej się urodzić i być kochanym. Ale nie urodzę się, a dawno już będę zmarły. Będę rozumiany tylko w wizerunku, kiedy to afekt już nic nie daje temu, co zmarł, nie doznawszy niczego poza brakiem uczucia.

Pewnego dnia, być może, zrozumieją, że spełniłem jak nikt inny mój wrodzony obowiązek tłumacza jednej części naszego wieku; a kiedy to zrozumieją, napiszą, że w mojej epoce byłem nierozumiany, że – niestety – żyłem wśród chłodu i braku afektu i że szkoda, iż tak mnie potraktowano. A ten, kto to napisze – w czasie gdy to napisze – również nie będzie mnie rozumiał – jak ci, co mnie otaczają – w tym przyszłym czasie. Ludzie bowiem tylko tego się uczą, co może się przydać ich pradziadkom, którzy już zmarli. Tylko zmarłych potrafimy nauczyć właściwych reguł życia.

Po południu, kiedy to piszę, dzień deszczowy już się skończył. W powietrzu radość jest jeszcze zbyt świeża dla skóry. Dzień się kończył nie szaro, ale bladoniebiesko. Ten błękit odbija się nawet w kamieniach ulicy. Boli żyć, ale to od dawna. Nieważne jest czuć.

Zapalają się jedna po drugiej wystawy sklepów. (...)4

*

W mieście bywa czasem spokój wiejski. Bywają momenty, głównie w upalne popołudnia, gdy w tej świetlistej Lizbonie nawiedza nas wieś niczym wiatr. I nawet tu, na ulicy Złotników, śpi nam się dobrze.

Jak to miło dla duszy widzieć przystające pod wysokim, spokojnym słońcem te wozy ze słomą, te skrzynki, tych powolnych przechodniów niczym przeniesionych ze wsi. Ja sam, patrząc na to z okien pustego biura, przenoszę się: znajduję się w jakiejś spokojnej osadzie na prowincji, zastygam w jakiejś nieznanej wsi i ponieważ czuję się inny, jestem szczęśliwy.

Dobrze wiem: gdy podniosę oczy, zobaczę brzydką linię domostw, nieumyte okna wszystkich biur Baixy, bezsensowne okna wyższych pięter, gdzie jeszcze się mieszka, a w górze suszącą się w słońcu bieliznę między wazonami kwiatów i doniczkami roślin. Wiem, lecz światło, które złoci wszystko, jest tak łagodne, tak spokojna atmosfera, która mnie otacza, że nie ma żadnego powodu, nawet wizualnego, aby abdykować z mojej sztucznej wsi, z mojej prowincjonalnej osady, gdzie handel jest cichy.

Wiem, wiem... To prawda, że jest pora obiadu, odpoczynku, przerwy. Wszystko idzie dobrze na powierzchni życia. Ja sam śpię, choć pochylam się z balkonu, niczym z pokładu statku, by obejrzeć nowy krajobraz. Ja sam nawet nie medytuję, jakbym był na prowincji. I nagle coś innego przychodzi mi do głowy, wciąga, owłada mną: poza południową godziną w osadzie widzę całe życie osady we wszystkich jego przejawach: widzę głupie wielkie szczęście domowego życia, wielkie głupie szczęście życia wiejskiego, wielkie głupie szczęście spokoju w plugawości. Widzę, bo widzę. Ale nie widziałem i budzę się. Patrzę wokoło, uśmiechając się i przede wszystkim otrzepuję z rękawów marynarki, niestety, ciemnej, cały kurz z poręczy balkonu, którego nikt nie starł, nie wiedząc, że pewnego dnia w jakimś momencie stanie się ona niepokrytą żadnym pyłem barierą statku, żeglującego w niekończącym się turystycznym rejsie.5


Ocena: 6/6


1 Okładkę zaprojektowała Agnieszka Stando.

2 Bernardo Soares to jedna z fikcyjnych postaci (heteronimów), w które wcielał się Fernando Pessoa.

3 Fernando Pessoa, Księga niepokoju napisana przez Bernarda Soaresa. Tłum. Janina Z. Klawe. Warszawa 2004, s. 163n.

4 Tamże, s. 88n.

5 Tamże, s. 64n.

5 komentarzy:

festoon pisze...

Witam,
Trafiłam tu z Zacisza Wyśnionego,by rzec,że to jedna z moich ulubionych książek:)pozdrawiam

Marigolden pisze...

Teraz również jedna z moich. :) Pozdrawiam.

peek-a-boo pisze...

Na mnie ta ksiazka czeka od dawna. I z tego co piszesz, wynika, że spełni pokladane wniej oczekiwania.

Marigolden pisze...

Peek-a-boo - mam nadzieję, że się nie zawiedziesz! Ja początkowo nie byłam zachwycona, łatwo można Pessoę zbyć - że ckliwy, sentymentalny, niektóre uwagi banalne - ale później się rozsmakowałam i wsiąkłam.

Anonimowy pisze...

niepokojąco znajome ......, wspaniała książka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...