niedziela, 19 października 2008

Stephen Clarke, „Merde! Rok w Paryżu”

Któryś pisarz – nie pamiętam w tej chwili, który – zżymał się kiedyś, że na przyjęciach obcy ludzie nagminnie łapią go za guzik i proponują podzielenie się kapitalną historią, która przydarzyła się szwagrowi sąsiada – świetna rzecz, trzeba to tylko zgrabnie opisać i sukces literacki murowany, tantiemami podzielimy się pół na pół, co pan na to? Z niedowierzaniem słuchają wyjaśnień, że kapitalną historię znaleźć nie sztuka, sztuka polega na ubraniu jej we właściwe słowa, a swoją wartość książka zawdzięcza nie fabule, a talentowi pisarza. Stephen Clarke, autor powieści „Merde! Rok w Paryżu”, też chyba tego nie wiedział.

Paul West, Anglik świeżo po studiach, przyjeżdża do Paryża rozkręcać herbaciany interes. Na miejscu co i rusz zderza się z odmiennością Francuzów i najwyraźniej doznaje szoku kulturowego. Przez okrągły rok nie dość, że z niego nie wychodzi, to nawet go sobie nie uświadamia (Francuzi nie są inni od Anglików – Francuzi są spaczeni; być normalnym to zachowywać się jak Anglik, kropka). Choć przygody Westa nie są tak „kapitalne” jak opowieść o szwagrze sąsiada, to ciekawych rzeczy dzieje się sporo – tyle że poprzez filtr pierwszoosobowej narracji widać głównie to, wokół czego krążą myśli bohatera, czyli kupy, d... i zwyrodnienie Francuzów. Piękna Paryża nie widać wcale. Toporne pióro Clarke'a (humor niczym w felietonach Jeremy'ego Clarksona, którego popularność jest dla mnie wielką zagadką... co się stało z tradycyjnym brytyjskim poczuciem humoru?) pogrążyło tę historię do reszty. Całość robi wrażenie na siłę zbeletryzowanego pamiętnika prostaka (aż przykro pomyśleć, że West może być alter ego autora, również osiadłego w Paryżu Anglika).

Ocena byłaby jeszcze niższa, gdyby nie to, że w trakcie lektury ze dwa razy się roześmiałam. Nie potrafię już jednak powiedzieć dlaczego – jedyne, co z książki zapamiętałam, to jej płytkość i wulgarność.


Ocena: 2/6

7 komentarzy:

nutta pisze...

Mnie też ta książka nie zachwyciła.Po prostu - przeczytałam i tyle.

ice33 pisze...

mhm, niezle napisane
naprawde

(mam na mysli recenzje oczywiscie;))

Marigolden pisze...

Nutta:
Otóż to, bez zachwytów, ale dało się przeczytać, więc jednak nie było najgorzej. Tyle że mogło być lepiej, gdyby to opowiedzieć z większym polotem.

Ice33:
Dziękuję :) (Krytykować zresztą łatwo, im bardziej mi się książka podoba, tym trudniej o niej pisać - niedługo mnie czeka takie wyzwanie;))

szamanka30 pisze...

Cieszę sie,że nie tylko ja miała mtakie odczucia. Pisząc na blogu, w podobny sposób wyraziłam sie o książce.

Marigolden pisze...

Szamanka30:
Widać ten typ poczucia humoru w Polsce nie chwyta. :)

Anonimowy pisze...

nie tylko popełniłaś błąd twierdząc, że widelec to ręka, ale także myśląc, że to facet owinięty we flagę Francji. To jest ślimak, symbol francuskiej kuchni, jego skorupka jest w kolorach flagi, a na głowie ma kolejny charakterystyczny dla tego kraju przedmiot - beret.

Marigolden pisze...

Anonimowy:
Pomyliły Ci się blogi. Wpis Szamanki tutaj:
http://swiatksiazek.blox.pl/2008/09/Anglik-w-Paryzu.html

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...